MÓJ MINIMALIZM

Stres, zakupy i minimalizm.

Mam wrażenie, że mojemu życiu towarzyszy ostatnio jakiegoś rodzaju rozdwojenie. Z jednej strony czuję wielkie szczęście, miłość i wdzięczność za to moje istnienie, za to, że żyję tak jak żyję, za to, że jest jak jest. Z drugiej strony czuję większy niż dotychczas stres, który odbija się na moich nastrojach i sposobie funkcjonowania z innymi członkami rodziny. Mogłabym napisać, że w ogóle nie wiem z czego coś takiego wynika, ale to byłoby kłamstwo, bo przecież doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Okazuje się, że tym niezwykle stresogennym czynnikiem w moim życiu, który dolewa przysłowiowej oliwy do ognia stał się dom, a raczej jego budowa. Moje marzenie, które właśnie powoli się ziszcza. 

Sam dom oczywiście nie jest w stanie zestresować mnie w dużym stopniu, ale to, że nasze rodzinne życie od kilku miesięcy toczy się wokół niego a i owszem. Tak to już chyba bowiem jest, że jak się chce coś zrobić dobrze a szybko to ta rzecz zaczyna dominować w naszym życiu, rozmowach, myślach. A to generuje napięcia, stres i zmęczenie. Niestety.

Napięcia, stres i zmęczenie bardzo łatwo prowadzą natomiast do tego, by z nimi walczyć utartymi, znanymi nam od zawsze i szeroko stosowanymi sposobami takimi jak np. zakupy… I to jest właśnie moja ostatnia bolączka. Odkrywam bowiem, że tak jak zadomowiłam się już w swoim minimalizmie, tak jak go sobie przysposobiłam i ukochałam tak, gdy przychodzą chwile zdominowane przez stres muszę się ze sobą mocować, by w moim niekupowaniu wytrwać. To nie jest tak, że nagle, by odreagować gorszy nastrój czy zmęczenie rzucam się na wszystko co mi w oczy i ręce wpadnie, że kupuję bez opamiętania i jakiegokolwiek sensu. Nie, tak nigdy się nie zachowywałam, nie zachowuję i zachowywać się nie będę. Chodzi mi o to, że pod wpływem napięcia mam dużo większą skłonność do tego, by swoim pragnieniom ulec, a zdarza się, że realizacja tych pragnień wcale nie jest mi do niczego potrzebna. Ot, chwilowe zaspokojenie kaprysu. Nie raz, nie dwa, odbywam zatem ze sobą debaty na temat tego, czy dany przedmiot rzeczywiście jest mi potrzebny, czy przyniesie mi radość na tyle dużą, że warto w jego zakup zainwestować, czy naprawdę chcę go posiadać „w swoich progach”?

Szczęśliwie dla siebie samej umiem ze sobą rozmawiać i umiem się odwodzić od tego, co nie jest dla mnie dobre, albo może jest dobre, ale w tym akurat momencie niekonieczne. Tym sposobem pomimo tego, że mogłabym, nie kupuję kolejnych pięciu książek do swojej bibliotecznej kolekcji czy też nie kuszę się na zakup t-shirtu, który może i fajny, ale tak naprawdę zupełnie mi niepotrzebny. Jedyne czemu ulegam, na co mam usprawiedliwienie i co w chwilach kryzysowych zawsze się sprawdza to zakupy dziecięcych ubrań. Czasami myślę sobie zatem: „Dzięki Bogu dzieci wyrastają z ciuchów”, poza tym wiecie, zmieniają się pory roku, temperatura itp. itd. 🙂 To na tym polu zatem, w chwilach słabości, która niestety mi się ostatnio czasami zdarza, odreagowuję to z czym jeszcze nie do końca umiem sobie radzić inaczej. Oczywiście są chwile kiedy cuda działa lektura kolejnej (bo mam ostatnio wielkie szczęście do tych mądrych!) książki, cudowna płyta ulubionego artysty wysłuchana w samochodzie (ostatnio prym wiedzie Kuba Badach) czy randka z umordowanym psychicznie (najprawdziwsza prawda!) budową mężem. Tyle, że nie zawsze te inne wyjścia są pod ręką lub akurat na nie mamy ochotę. A zakupy przecież na wyciągnięcie tejże. Wystarczy włączyć komputer, czyż nie?…

I tylko tak sobie myślę, jak chora jest nasza zachodnia kultura, cywilizacja, która wychowuje ludzi w przekonaniu, że najlepszym lekarstwem na stres jest zafundować sobie kolejne jego źródło lub też chwilowy, bezpieczny plasterek w postaci torby pełnej zupełnie niepotrzebnych zakupów, rzeczy, przedmiotów, bibelotów czy pierdół (jak zwał tak zwał). Wychowani w taki a nie inny sposób, codziennie karmieni takim a nie innym przekazem czasami musimy wyjść na wyżyny własnej samoświadomości czy też dyscypliny i konsekwencji, by w chwilach trudnych nie uciekać się do tych najprostszych, nic niewnoszących rozwiązań, które i tak rozwiązaniami nie są. By stwierdzić, że może zamiast tego potrzebujemy rozmowy, odpoczynku, natury, ciszy, dobrej książki i przyjaciela…

Related posts

MÓJ MINIMALIZM

3 pytania jakie powinieneś sobie zadać zanim zaczniesz minimalizować.

Zastanawiałam się o czym powinnam dzisiaj pisać, co jeszcze ważnego na temat minimalizmu mogę Wam przekazać, co ma szansę Was za...

MÓJ MINIMALIZM

Minimalizm w praktyce, czyli 6 rzeczy, których nie kupuję.

Jakiś rok temu trafiłam na jednym z blogów na wpis, w którym autorka wymienia 5 rzeczy, których już nie kupuje, vel. kupuje duż...