SLOW LIFE

Rodzicielskie przemęczenie. Jak sobie z nim radzić, czyli co robię, gdy już nie mogę.

Zastanawiałam się ostatnio nad tym jaki post powinnam teraz napisać, o czym opowiedzieć, czym Was zaciekawić. I pomimo, że inne pomysły na posty mam to jednak tym razem je sobie odpuszczę. Jest bowiem coś z czym od jakiegoś czasu się zmagam i z czym próbuję sobie na co dzień radzić, a proste to nie jest. Co więcej, jest niezwykle trudne. O co chodzi? Od niedawna wiem, co to jest chroniczne zmęczenie rodzicielskie, takie, które grozi wypaleniem i takie, które uświadamia nam, rodzicom, jak w tym wszystkim, co zwie się rodzicielstwem jesteśmy ważni my sami. 

Słyszeliście taki termin „parental burnout”, czyli rodzicielskie wypalenie? Ja nie, do niedawna. Nie twierdzę, że teraz doświadczam go na sobie, daleko mi chyba do tego, twierdzę jednak, że wiem skąd się ono bierze. Bierze się z tego, że kolejne dni spędzasz w przysłowiowych czterech ścianach swojego domu, że każdy Twój dzień zaczyna i kończy się tak samo, że w jego trakcie podążasz tymi samymi ścieżkami i kierujesz się utartymi już schematami, które wypracowały się niejako same, że nie masz w swoim życiu miejsca na zrobienie czegoś spontanicznie, a nawet jak jest to ta spontaniczność też musi być niejako schematyczna i ‚wyprasowana’. Bierze się z tego, że codziennie jesteś świadkiem tych samych sytuacji, którym musisz zapobiegać, które musisz tłumaczyć, o których musisz rozmawiać i w których musisz towarzyszyć swoim dzieciom po to tylko, by następnego dnia robić dokładnie to samo tyle, że może w innej konfiguracji czasowej. Bierze się z tego, że Twoje dni mijają na rozkładaniu na czynniki pierwsze każdego swojego zachowania, które było Twoim zdaniem nie tak i które może w przyszłości odbić się na dziecku i jego z Tobą stosunkach, z tego, że codziennie w siebie wątpisz a jednak musisz stawać na wysokości zadania i próbować być tą super mamą, którą wiesz, że i tak nigdy nie będziesz. W końcu, bierze się z tego, że to wszystko jest tak bardzo, bardzo męczące, że czasami masz wrażenie, że nie ma tu miejsca na Twoje własne myśli, przemyślenia, zastanowienia, że wszystko co masz oddajesz dzieciom a to i tak nie jest tyle ile chciałabyś im dać, bo chciałabyś więcej, tyle, że nie masz na to siły…

Wiecie jak ja sobie radzę w takich sytuacjach jak te? Jak uciekam przed myślami typu „nie daję rady”, „jestem zbyt zmęczona”, „nie wytrzymam tak dłużej”? Ja wtedy właśnie, wtedy, gdy czuję, że moje psychiczne zmęczenie staje się dla mnie zbyt duże, zwracam się ku egoizmowi. W nim szukam ratunku i pociechy, w nim szukam odpoczynku i spokoju. I robię to z czystym sumieniem, bo wiem, że tam dostanę to czego w takiej sytuacji potrzebuję. Wytchnienie.

A jak taki egoizm wygląda w praktyce?

  1. Stawiam wtedy na tzw. me time, czyli czas, który z tego dnia pełnego dzieci, krzyków i płaczów wykrawam dla siebie. Nie jest to łatwe, bo w naszej obecnej sytuacji, kiedy mieszkamy w czwórkę w małym, wynajmowanym mieszkaniu, nie ma nawet jednego pokoju do którego mogłabym uciec przed gwarem i nadmiarem głosów i odgłosów, takiego w którym mogłabym posiedzieć w ciszy. Udaje się jednak, jakimś cudem, raz na jakiś czas. Udaje się wyjść do fryzjera, ‚na paznokcie’ czy z mężem do kina. Udaje się też znaleźć czas na dobrą książkę (ostatnio odkryłam cud jakim jest łazienka, w której można się zamknąć przed lub po kąpieli i poczytać! Teraz mam tam na tapecie „Historię pszczół” 🙂 ), na ulubiony magazyn i program w tv, czy ćwiczenia, do których wróciłam po długim, długim czasie. Będąc mamą dwójki dzieci nauczyłam się, że na taki czas dla siebie zawsze powinnam znaleźć czas właśnie. Bo to on, jak nic innego, naładuje mnie energią i chęcią do tego, by dalej żyć tak jak żyję, by dawać radę. „Jedne z najważniejszych rozmów jakie kiedykolwiek przyjdzie Ci przeprowadzić to będą te ze sobą. Zwolnij zatem dostatecznie, by były one możliwe… W samotności uczymy się koncentrować i wyobrażać, uczymy się słuchać siebie. Potrzebujemy tych umiejętności, aby być w pełni obecnymi w rozmowie.” Tak kiedyś w jednym z artykułów w New York Times’ie pisała Sherry Turkle i ja się z nią zgadzam. Wiem, że gdyby nie te chwile, dosłownie chwile, które w ciągu każdego dnia poświęcam, bez żadnych wyrzutów sumienia, sobie i tylko sobie to jakość moich stosunków, zwłaszcza z dziećmi, byłaby dużo niższa. Wiem to, bo widzę jak zmieniam się w chwilach, gdy zmęczenie daje mi się bardzo we znaki, jak jestem wtedy drażliwa, rozkojarzona, jak łatwo się wtedy denerwuję, nierzadko z błahych powodów. Dlatego właśnie kradnę dla siebie i doceniam ten tzw. me time.
  2. Ruszam się. To jest coś o czym niedawno znowu sobie przypomniałam a o czym nigdy nie powinnam była zapominać. Lubię ruch za to, że nie tylko spala kalorie, ale za to, że spala negatywne emocje, że każe im się wynieść z ciała, które właśnie jest zajęte produkowaniem całej gamy tych wszystkich hormonów pozytywnie nas doładowujących i nastawiających do świata. Poza tym, nie wiem, czy zwróciliście na to uwagę, jak już zaczniemy się ruszać to od razu jakoś łatwiej nam się zdrowo odżywiać czy inwestować w swój rozwój. Nagle okazuje się, że świat wcale nie jest taki zły jak go sobie wcześniej malowaliśmy i w ogóle nasze życie jest piękne a te chwile, kiedy upadamy i jesteśmy z siebie bardzo niezadowoleni i sobą zawiedzeni to są tylko chwile.
  3. Idę w kreatywność, czyli w moim przypadku głównie piszę bloga 😛 Wiecie co mi to daje? Taką pewność, że jest coś w czym jestem dobra (takie założenie, a co!) i dodatkowo to coś sprawia mi przyjemność, relaksuje mnie, pozwala nie myśleć o tym co mnie w danej chwili męczy czy boli i skupić się na pracy rąk i głowy. Poza tym, fajna jest świadomość, że coś się tworzy od podstaw, że to ma ręce i nogi, że coś ze sobą niesie i że mnie rozwija co koniec końców sprawia, że moje poczucie własnej wartości rośnie. W czasie, gdy o przysłowiowy, rodzicielski dół łatwo, takie umacnianie się w tym przekonaniu jest na wagę złota!
  4. Wybywam. Jak banalnie by to nie brzmiało, każdy wyjazd z domu, ten dłuższy czy ten krótszy sprawia, że z mężem odżywamy. I choć zawsze wyjeżdżamy z dziećmi, już sam fakt zmiany otoczenia choć na chwilę, choć te 1 – 3 dni daje nam jakiegoś pozytywnego kopa na życie. Oddychamy nowym powietrzem, wytrącamy się ze swojej codziennej rutyny i wszystko staje się prostsze. Oczywiście marzymy o tym, by móc już wyjeżdżać tylko we dwoje, by ładować swoje baterie bez dzieci, choć raz na jakiś czas, ale dopóki nie możemy tych marzeń zrealizować cieszymy się każdym wspólnym wypadem. A jeśli akurat nie możemy gdzieś wyjechać to korzystamy z pomocy dziadków i próbujemy znaleźć czas na kino czy kolację. Wtedy możemy spokojnie porozmawiać tylko we dwoje, wtedy wspominamy te czasy kiedy takie wypady to była niemal nasza codzienność i próbujemy nadrabiać nasze wspólne związkowe zaległości, które chcąc nie chcąc powstają w trakcie tych naszych codziennych zawirowań.

Tak właśnie jest. Tak staram się sobie pomagać, co nie znaczy, że nie ma chwil kiedy wydaje mi się, że żadna z tych rzeczy nie zadziała, że moim życiem króluje nadmiar emocji, krzyku i hałasu. I tak jest, do czasu kiedy sobie przypomnę, że króluje też nim nadmiar miłości. I tylko czasem ta miłość jest bardzo wymagająca, trudna i męcząca. Ważne jednak, że jest 🙂

Related posts

SLOW LIFE

Wenecja z dziećmi, czyli jak podróżować w rytmie slow i się tym cieszyć!

Kilka tygodni temu (ale ten czas leci!) wybraliśmy się z dziećmi na 5 - dniowe wakacje do Wenecji (Ci z Was, którzy obserwują ten ...

SLOW LIFE

Prostsze życie? 6 oznak, że jesteście na nie gotowi!

Do tej pory pamiętam czas kiedy zrozumiałam, że chcę prostego, intuicyjnego, spokojnego życia, że chcę prostoty i minimalizmu. W...

  • Do Ka

    Problemy z czasem dla siebie i w ogóle problemy z dziećmi zmieniają się w czasie. Przerabiamy obecnie odrabianie lekcji z drugoklasisą…. masakra😩 Najlepszy sposób to zamknąć się w łazience to prawda!😊😊😊 Ale nie zawsze się da po prostu. Ja dla odmiany próbuje dzielić czas pomiędzy dom a wymagającą pracę. Nie zawsze się udaje. Pytam siebie bardzo często:” gdzie ja w tym jestem?”

    • No właśnie ja, mimo wszystko, próbuję sobie powtarzać w chwilach kryzysu, takich kiedy chcę rwać włosy z głowy, że mam to szczęście i nie muszę dźwigać jeszcze na swoich plecach, prócz problemów z rosnącymi dziećmi jeszcze problemów z wymagającą pracą, której powiedzmy nie lubię… Nie wiem na jakich zasadach funkcjonowałabym wtedy? :/ A tak, ponarzekam, popłaczę i jakimś cudem znajdę rozwiązanie na to, by nie wyjść z siebie 😛 I tak, pocieszali nas już niejedni bardziej doświadczeni, że im dzieci starsze tym gorzej hahaha.

      • Do Ka

        Przepraszam, że piszę po tylu dniach dopiero, ale dopadła mnie choroba, a w domu trzeci miesiąc generalnego remontu 🙁 Kiedy dzieci są małe na pewno fakt braku konieczności zmagania się z pracą jest bardzo ważny. Daje czas na cieszenie się z macierzyństwa, a to jest po prostu bezcenne. Mam inne przemyślenia jeśli chodzi o starsze dzieci. Mam 31lat. Mój syn niedługo skończy 8. Jakoś czas temu, właściwie odkąd poszedł do szkoły, wiele się w naszym życiu zmieniło. Nagle dziecko ma swoje własne obowiązki, uczy się funkcjonować w grupie ” na poważnie”, pojawiają się nowe sprawy, nowe kłopoty. Przede wszystkim jednak, dziecko staje się dużo bardziej samodzielne. Ma kolegów, woli iść na boisko zamiast spędzać czas przy mamie. To nie jest już pilnowanie malucha w piaskownicy, kiedy dziecko podnosi głowę i chce mieć mamę w zasięgu wzroku. Teraz jest:” mamo idę do kolegi”, ” mamo idziemy na boisko grać w piłkę „itp. Oczywiście pilnujesz, odprowadzasz, sprawdzasz czy odrobił lekcje, pomagasz, ale…. nie jesteś centrum świata dla swojego dziecka. I już nigdy nie będziesz. To naturalne. Ważne natomiast staje się dla syna: kim są rodzice, co w swoim życiu robią, co potrafią, czego nie lubią. Pojawiają się pytania: dlaczego muszę się tyle uczyć, po co, czy mogę sobie kupić 153cie opakowanie klocków, skąd się biorą pieniądze, dlaczego masz tyle książek, po co się mamo uczysz angielskiego itp.? I nagle orientujesz się, że stanowisz dla swojego dziecka przykład. Już nie taki jak wcześniej. Przykład funkcjonowania w społeczeństwie. Teraz nie jesteś” tylko” matką. Jesteś wzorem kobiety i tego jak ona funkcjonuje w otoczeniu, jak pracuje, jak się rozwija, co jest ważne dla niej w życiu. Argumentem staje się: ty odrabiasz lekcje bo to jest twój obowiązek, moim obowiązkiem jest chodzenie do pracy i leczenie ludzi. Praca jest w naszym życiu i, moim zdaniem, życiu naszych dzieci bardzo ważna. Jeśli nie lubisz swojej to… masz świetny czas na to żeby pomyśleć jak to zmienić. A jeśli nie, to jak pokazać swoim dzieciom, że Twoje decyzje są/były dla Ciebie i dla nich najlepsze. Żebyś dobrze mnie zrozumiala, nie chodzi tu w ogóle o posiadanie. Wręcz przeciwnie. U nas często pojawia się argument „ta rzecz nie jest warta mojej czy taty ciężkiej pracy, to, że nas na to stać nie znaczy, że mamy to kupić.”

        • Po pierwsze, dziękuję Ci za takie rozbudowane komentarze! Strasznie lubię je czytać, bo wiem, że „pogadamy” po nich 😛 Po drugie doskonale Cię rozumiem, przynajmniej tak mi się wydaje i dlatego tak bardzo teraz staram się nad sobą pracować, tak bardzo chcę niektóre sprawy ze swojego życia zamknąć i zostawić za sobą, bo właśnie wiem, że przyjdzie czas kiedy dla dzieci nie będę tylko ich mamą, którą się kocha bezwarunkowo, wiem, że przyjdzie czas kiedy ta miłość stanie się dużo bardziej warunkowana właśnie a ja i moja życiowa postawa za ich sprawą będą miały szansę „pójść w świat” lub zostać kompletnie odrzucone. Chciałabym bardzo, by to była ta pierwsza opcja, by to jak żyję i co robię było warte naśladowania a nie by było negowane i nierozumiane. Co do samej pracy, to korzystam właśnie z czasu, by znaleźć swoje ‚powołanie’ i móc się spełniać w tym co robię tak, by stanowić przykład dla dzieci. Na razie wychowanie dzieci stanowi dla mnie priorytet, ale wiem, że tak nie będzie zawsze 🙂

          • Do Ka

            Przeczytałam jakiś czas temu na jednym z blogów o tym, jak w Stanach blogerki tworzą społeczność kobiet. Uważam, że jest to absolutnie świetna sprawa. W Polsce nie ma kultury jednoczenia się, wspólnego działania, wsparcia. Obserwuję regularnie kilka blogów. Podziwiam Joannę Glogazę za wysoki poziom tekstów, różnorodne tematy i świadome dokonywanie wyboru co do współpracy z firmami i reklamowaniem produktów. Wydaje mi się jednak, że czytanie to jedno, ale możliwość wymiany myśli i poglądów, kulturalna rozmowa z szacunkiem dla odmienności, wymiana doświadczeń bez oceniania przed pryzmat posiadania i statusu danej osoby to coś, czego nam w naszym społeczeństwie brakuje. Mamy mało czasu dla siebie, różne obowiązki, jesteśmy fizycznie w różnych miejscach. Brakuje nam wsparcia innych kobiet. Miejsca do dzielenia się opiniami.
            Moim zdaniem jesteś Paulinko osobą która ma duży potencjał do tworzenia takiego właśnie dialogu na dobrym poziomie. Jest tak ze względu na obrany przez Ciebie kierunek życiowych zmian, poszukiwanie czyli przyzwolenie na zmiany, wysoką świadomość, rozwijanie uważności i bardzo wysoką kulturę osobistą jaką widać w pisanych przez Ciebie tekstach i odpowiedziach. To co bardzo cenię w Ewie Chodakowskiej(którą jedni kochają, a inni nienawidzą) to fakt pozostawania w realnym kontakcie z osobami do niej piszącymi. Jej sukces to, moim zdaniem, ten właśnie kontakt. Pracuję z ludźmi na codzień. Spotykam ludzi w najgorszych dla nich momentach w życiu, w największym stresie. Wydaje mi się, że wiele o nich przez to wiem i dość szybko potrafię wyczuć co w człowieku jest najlepsze; )

          • Nawet nie wiesz jak wielką przyjemność sprawiłaś mi tym komentarzem. Jesteś kolejną osobą, która w trakcie ostatnich dni mówi mi coś podobnego co równa się dla mnie laniu miodu na moje serce 🙂 Sama bardzo E. Chodakowską lubię (ale nie za ćwiczenia, które nie dla mnie jednak, bo zdecydowanie wolę biegać na przykład) za jej bezpośredniość i to jak wielkim jest motywatorem dla kobiet, dla mnie też. Mnie motywuje do walki o siebie 🙂 Joasię też lubię, bo to dzięki niej poznałam się tak naprawdę z minimalizmem w szafie. Ale wracając do Twoich słów, bardzo chciałabym by ten blog był takim miejscem, o którym piszesz, choć wiem, że przede mną daleka droga i duża na niej konkurencja, jest przecież tyle dziewczyn, które fajnie i mądrze piszą… Staram się jednak nie porównywać, nie tędy droga przecież. Idę zatem przed siebie i zobaczymy co z tego wyniknie 🙂 Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!