MYŚLĘ

Odpuść sobie, czyli o tym, czego uczę się ostatnio.

Jest jedna rzecz, którą w sobie cenię i która jednocześnie sprawia mi wiele problemów i przyprawia o duże dawki stresu. Co? Perfekcjonizm, do którego najchętniej dążyłabym w każdej sferze swojego życia. Chciałabym być matką idealną, taką, która zawsze zanim coś powie czy zrobi to będzie umiała się zatrzymać i zastanowić nad tym, czy rzeczywiście „gra jest warta świeczki”, kobietą spełnioną zawodowo, ale nie zaniedbującą rodziny, osobą, która się rozwija, bo tego chce a jednocześnie taką, która ma czas na to by spokojnie zasiąść z książką na kanapie lub przed telewizorem przy ulubionym serialu, przy tym wszystkim chciałabym pisać genialne, ‚czytalne’, ‚klikalne’ i chwytające za serce rzeczy na tym blogu a do tego robić zdjęcia, które powodują u innych żal, z gatunku tych: „szkoda, że ja tak nie potrafię”. I chciałabym to wszystko robić perfekcyjnie, do bólu solidnie i dobrze. Innymi słowy, chciałabym być osobą, która nie istnieje i którą nigdy nie będę. I tego właśnie uczę się ostatnio. Tego, że na niektóre rzeczy nie do końca mam wpływ a nawet jeśli jest on znaczny to nie oznacza to tym samym, że na ich rzecz ja sama mam sobie wypruwać te tzw. flaki.

Zastanawiam się jak wielu / wiele z nas najchętniej złapałoby wszystkie przysłowiowe sroki za ogon, ale nie byle jak tylko idealnie, perfekcyjnie, po mistrzowsku. Ja zdecydowanie. Czasami mam wrażenie, że chciałabym robić wszystko, tyle, że nie biorę pod uwagę tego, że to „wszystko” to w moim wykonaniu takie trochę „wszystko albo nic”, bo mam skłonność do tego, by przy robieniu czegokolwiek stawiać sobie warunki niemożliwe do zrealizowania co kończy się oczywiście tym, że watpię w siebie i sens robienia czegokolwiek. Można zatem powiedzieć, że mój perfekcjonizm bardzo ładnie łączy się z niepewnością siebie.

Ostatnio dopadły mnie wątpliwości dotyczące tego bloga, nie pierwszy zresztą raz. Tak bowiem jak wyleczyłam się z porównywania swojego wyglądu, ubioru czy statusu posiadania z innymi, tak w sferze blogowej, stosunkowo dla mnie nowej, przynajmniej w tej działce lifestylowej (bo przecież wcześniej długo prowadziłam bloga o książkach) ‚leżę i kwiczę’, żeby ująć to bardzo obrazowo. Nadszedł zatem kryzys i zmęczenie. No bo dlaczego pomimo mojej pracy i chęci nie umiem się z tym swoim blogiem przebić do mas (buahaha)? No bo dlaczego dziewczyny piszące na podobne tematy wydają książki a ja mam tak słabą klikalność, ciągle? No bo dlaczego nie wezmę się za siebie i nie zainwestuję w sprzęt i nie nauczę robić porządnych, pięknych, chwytających za serce zdjęć? Wiecie o co chodzi, jak już zaczniemy wątpić w siebie to idziemy po całości, przynajmniej ja. W takich chwilach nie zwrócę bowiem uwagi na to, że sorry, ale po domu plącze mi się codziennie dwójka maluchów, którym staram się dawać z siebie niemal wszystko co tylko potrafię wykrzesać, nie pomyślę, że posty piszę po nocach, a zdjęcia to musiałabym chyba robić w hotelu, żeby było czysto, spokojnie i minimalnie, nie zauważę tego, że najczęściej jest tak, że ludzie odnoszący w blogosferze lifestylowej prawdziwe sukcesy to Ci, którzy dzieci nie posiadają a jeśli je mają to mają też ‚jaja’, by się swoimi dziećmi niejako dzielić z innymi (nie oceniam, stwierdzam fakt). To wszystko przychodzi do mnie później. W międzyczasie zdążę jednak jeszcze stwierdzić, że jestem matką, jaką być nie chciałam, że wyparowuje gdzieś moja cierpliwość wobec dzieci, że rodzicielstwo bliskości, tak mi bliskie, staje się coraz częściej wyzwaniem na miarę wdrapania się na Giewont, że to cholerne mięso zaczyna mnie kusić i mój wegetarianizm zaczyna się sypać, że męczy mnie powinność regularnego pisania postów, którą wzięłam na siebie, że budowa domu to jakiś emocjonalny koszmar dla związku dwojga ludzi i niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że testem dla małżeństwa jest remont mieszkania (really?!!!), że 8 lat w Danii to był jednak trochę raj, bo po powrocie łatwo odżywają rodzinne niedogodności, które kiedyś zostawiło się za sobą… Jestem sobie w tym wszystkim ja i ten mój nieszczęsny perfekcjonizm, który tylko napędza to moje błędne koło stresu i każe walić głową w mur albo poddać się, najlepiej na całej linii. Jestem sobie w tym wszystkim i czekam na ratunek. I przychodzi mąż i w moje zapłakane, nierozumiejące oczy mówi: „Paula, jesteś teraz w tej dobrej sytuacji, że możesz sobie odpuścić, możesz wybrać to na czym chcesz się skupić naprawdę i temu się oddać, możesz nie naciskać na siebie, bo nikt inny tego nie robi, możesz korzystać z tego jak jest. A jest przecież dobrze!” I otwarły mi się jakoś oczy i sobie odpuściłam. Odpuściłam sobie moje dążenie do prowadzenia mega wypasionego poczytnego bloga, odpuściłam sobie pisanie postów nawet wtedy kiedy mi się po prostu, po ludzku nie chce, odpuściłam też jeszcze kilka innych rzeczy. Jedno o co nadal walczę najmocniej to to, by być dla swoich dzieci mamą jaką ja chciałam mieć. I na tym polu zmagam się ze sobą i swoim zmęczeniem nieustannie. Liczę, że kryzys, który ostatnio mnie toczy już niedługo przejdzie. Pracuję na to bardzo. A blog ostatnimi czasy staje się dla mnie nie AŻ blogiem a TYLKO blogiem, czyli nie miejscem, które ma w jakiś sposób zaspokajać moje wygórowane ambicje i coraz to nowe oczekiwania a takim, którego prowadzenie ma wynikać z potrzeby i chęci, li i jedynie. Mam nadzieję, że tak pozostanie. Życzcie mi tego!

Related posts

MYŚLĘ

Oprah Winfrey.

Bądź wdzięczny za to co masz; będziesz miał więcej. Jeśli skoncentrujesz się na tym czego nie masz, nigdy, przenigdy nie będzi...

MYŚLĘ

O szczęściu.

Kochani, pomyślałam sobie, że przed Świętami Bożego Narodzenia pozwolę sobie na taki a nie inny wpis. O szczęściu. I o mnie. C...