SLOW LIFE

Moje życie, czyli kilka słów o „Życiu pasterza”, „Baranach” i o mnie.

Od dawna myślałam o tym, by napisać post w tym klimacie. Post, w którym trochę rozliczę się ze swoją emigracją, ale nie tylko. Na początku miałam napisać o tym, dlaczego wróciłam, dlaczego zamiast tych pieniędzy, o które każdy nas po powrocie wypytywał nie rozumiejąc naszej decyzji wybraliśmy Polskę, Podkarpacie, Rzeszów i w końcu Budziwój (teraz dzielnica tego miasta, ale za mojego dzieciństwa i młodości duża wieś położona zaraz za granicą tegoż). Dlaczego wróciliśmy?! Dlaczego właśnie teraz, 3 czerwca minął rok odkąd jesteśmy tutaj z powrotem? Tak miałam pisać, o tym miałam pisać, ale książka Jamesa Rebanksa, którą ostatnio przeczytałam i piękny islandzki film „Barany”, który niedawno zobaczyłam sprawiły, że ten post będzie nie tylko o tym… Zacznę jednak od początku.

„Najwyraźniej nigdy nawet nie przyszło jej do głowy, żeby spojrzeć na naszych ojców i matki jak na dumnych, wytrwałych i inteligentnych ludzi, którzy wykonują ważną, a nawet godną podziwu pracę. Kobiecie, dla której miarą sukcesu był poziom wykształcenia, rozbudzone ambicje, niezwykłe przeżycia i osiągnięcia zawodowe, zapewne wydawaliśmy się żałosną bandą.” [s.15]

Macie tak a może mieliście tak, że był w Waszym życiu czas, kiedy powtarzaliście sobie: „nie chcę takiego życia”, kiedy wiedzieliście, że zrobicie wszystko by się wyrwać z miejsca, w którym przyszło Wam się urodzić i dorastać? Mnie samej wydawało się zawsze w młodości, że nie, ja tak nie mam, tak nie czuję, ale przyszedł ten moment, taki czas kiedy zapragnęłam życia kompletnie innego od tego, które znam ‚od zawsze’. Chciałam nowości, nowych możliwości, chciałam sukcesu, chciałam świata, który stał przede mną przecież otworem. To tam, w nieznanym upatrywałam szczęścia. Chciałam pokazać tym wszystkim wokół mnie, że się nie boję, że potrafię, że się odważę, zaryzykuję, ba, że wygram. I choć nigdy, absolutnie nigdy nie powiem, że te moje / nasze poszukiwania swojego miejsca na ziemi były tego nie warte (bo jest przecież zupełnie odwrotnie!) to doskonale rozumiem i czuję całą sobą słowa Jamesa Rebanksa:

„Później zrozumiem, że współczesne społeczeństwo przemysłowe ma obsesję na punkcie wyjeżdżania dokądś i dokonywania czegoś w życiu i przywiązuje do tych zjawisk niezwykłą wagę.” [s.16]

Dzięki książce Rebanksa zatytułowanej „Życie pasterza” utwierdziłam się w przekonaniu, że mój slow life jest dobrym wyborem na życie. Zakosztowałam bowiem życia ‚gdzieś’, skończyłam studia ‚gdzieś’, pracowałam ‚gdzieś’, żyłam ‚gdzieś’ i przez długi czas dążyłam do tego, by moje życie było ‚coś’ warte, bym mogła powiedzieć, że ‚czegoś’ dokonałam, że byłam ambitna, że do ‚czegoś’ doszłam. Tyle tylko, że na szczęście w końcu zrozumiałam, że nie tutaj leży sedno problemu, że nie w taki sposób odkryję co jest sensem mojego życia. Bo życie w biegu, życie, którego główną ‚atrakcję’ stanowią kolejne, zdobywane za ciężko zarobione pieniądze gadżety przynależne naszemu coraz lepszemu statusowi nie jest dla mnie życiem. Jest pogonią. A jeśli dodatkowo jest to pogoń, która toczy się w miejscu, do którego przybyliśmy, do którego uciekliśmy czy wyruszyliśmy w poszukiwaniu szczęścia staje się to wszystko jeszcze trudniejsze.

„Mój dziadek wybrał się pewnego razu na targi rolne aż do Paryża. Wiedział co mają do zaoferowania duże miasta, ale wyczuwał też, że zamieszkanie w jednym z nich oznacza wykorzenienie, anonimowość, rzucenie się w wir świata, który robi z nami co chce, i wcale nie oferuje wolności ani poczucia kontroli nad własnym życiem. Majątek, do którego być może by się doszło, znaczył niewiele albo nawet nic w porównaniu z poczuciem przynależności i sensu życia, które mieliśmy na swojej ziemi.” [s.76]

Jest bowiem właśnie tak jak pisze autor „Życia pasterza”. Emigracja to zgoda na to, że nie będę u siebie, że nigdy tak naprawdę nie będę sobą, bo wymuszą to na mnie okoliczności i miejsce, w którym się znajdę, tak inne od tego, z którego pochodzę. I nawet jeśli kraj, który wybiorę i w którym zostanę przyjmie mnie z tymi przysłowiowymi otwartymi rękami to ja i tak już zawsze, do końca będę czuć tęsknotę za tym co było, gdzieś tam, w miejscu z którego jestem i z którym wiążą mnie nie tylko wspomnienia, ale również korzenie. Są ludzie, tysiące ludzi, którym takie życie, tak za zawsze, odpowiada, ludzie, którzy doskonale odnajdują się w tego typu okolicznościach i którzy, pomimo nachodzącej ich nieraz tęsknoty, nigdy nawet nie pomyślą, by swoją sytuację odwrócić, zmienić. Do pewnego momentu wydawało nam się, mnie i mojemu mężowi, że tacy właśnie jesteśmy, że z powodzeniem możemy nasze życie spędzić poza granicami naszego kraju, że odnajdziemy się wszędzie i zawsze. I jestem pewna, że tak by było! Tak by było, gdyby w naszej rodzinie nie pojawiły się nasze dzieci a wraz z nimi inne tęsknoty, inne myśli, inne priorytety…

„Myślę, że to był dobry czas. Położyliśmy wtedy fundamenty pod wspólne życie i zrobiliśmy to sami, nie pozwalając, aby wchodzili między nas inni ludzie i różne sprawy. Póżniej, gdy się pobraliśmy, wróciliśmy na farmę i urodziły się dzieci, pojawiło się oczywiście wiele rzeczy, które zaprzątały naszą uwagę, i życie przestało się kręcić wokół nas samych – bardziej koncentrowaliśmy się na innych ludziach, nowych zajęciach. Jednak nasz związek miał już wtedy solidne podstawy.” [s.175]

Te ponad 8 lat, które spędziliśmy w Danii było czasem niezwykle nam potrzebnym i niezmiernie dla nas cennym. Nauczyliśmy się być tylko i aż dla siebie, przekonaliśmy się, że to nasze zdanie i nasze pomysły na życie są dla nas nawzajem najważniejsze, uwierzyliśmy w to, że tworzymy związek na całe życie i że damy radę, wytrwamy, bo umiemy na sobie polegać i siebie nie zawodzić a poza tym wszystkim jesteśmy na tyle ze sobą zgrani, że nie damy innym wejść między siebie. I nawet kiedy po kilku latach naszego małżeństwa urodził się nasz syn a później córka to te podwaliny, utrwalone na obcym terenie, wśród ludzi tak innych od nas, zostały w nas i na zawsze już będą nam towarzyszyć. Tyle tylko, że życie toczy się dalej a gdy na świecie pojawia się kolejne pokolenie, ty, rodzicu zaczynasz się zastanawiać co chcesz temu dziecku dać i co naprawdę znaczy dla Ciebie określenie: lepszy start. Dla nas w pewnym momencie to wszystko sprowadziło się do przekonania, że chcemy, by nasze dzieci dzieliły z nami nasze korzenie, że chcemy, by myślały o sobie: „Jestem Polką”, „Jestem Polakiem”, by wierzyły w to w co my wierzymy i patrzyły na świat w sposób podobny do naszego. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się wrócić, dlatego zadbaliśmy o to, by ten powrót był możliwy i bezbolesny, dlatego jesteśmy teraz tutaj a nie tam.

I tak jak mówi James Rebanks:

„Opuszczenie farmy może być furtką do nowego życia, ale w moim wypadku stało się inaczej. Wyprowadziwszy się z gospodarstwa, po raz kolejny zobaczyłem, że farma jest dla mnie całym światem.” [s.209]

Pobyt na emigracji otworzył moją głową na conajmniej kilka sposobów (o tym jak wiele dzięki niemu zyskałam przeczytacie w poście o tym, co dała mi emigracja). Jednym z nich jest przekonanie, że mój dom może być tylko w jednym miejscu, że tylko w jednym miejscu będę tak naprawdę sobą, że tylko w jednym miejscu czuję się u siebie, że tylko w jednym miejscu chcę, by dorastały moje dzieci. Bo tak jak uwielbiam podróże i to, jak wiele potrafię z nich wyciągnąć dla siebie, bo tak jak już wiem, że umiem / umiemy poradzić sobie jako rodzina w przeróżnych warunkach i sytuacjach tak wiem też, że ‚korzeni nie oszukasz’. Dom jest jeden. Przynajmniej dla mnie.

Ps. Nie tylko książka „Życie pasterza” w tak mądry sposób traktuje o przywiązaniu do ziemi, o przynależności, o tradycji, o baranach nawet. Jeśli tylko znajdziecie w sobie chęć do zobaczenia Islandzkiego filmu „Barany” to Wam go serdecznie polecam. Tam też znajdziecie to wszystko, ale nie tylko, bo i trochę prawdy o ludziach i więzach krwi też! 🙂

W poście wykorzystałam cytaty z książki J. Rebanksa, „Życie pasterza. Opowieść z Krainy Jezior”, Wydawnictwo Znak Literanova, 2017.

Related posts

SLOW LIFE

Wenecja z dziećmi, czyli jak podróżować w rytmie slow i się tym cieszyć!

Kilka tygodni temu (ale ten czas leci!) wybraliśmy się z dziećmi na 5 - dniowe wakacje do Wenecji (Ci z Was, którzy obserwują ten ...

SLOW LIFE

Prostsze życie? 6 oznak, że jesteście na nie gotowi!

Do tej pory pamiętam czas kiedy zrozumiałam, że chcę prostego, intuicyjnego, spokojnego życia, że chcę prostoty i minimalizmu. W...

  • narentis

    Bardzo mądre słowa, podziwiam Was za powrót, podziwiam za to, że wróciliście do tego polskiego piekiełka, do nieżyczliwych ludzi, do problemów, których zapewne nie zaznalibyście w Danii. Ja mam już swoje lata, jestem już „bardzo dorosła”, a dopiero od całkiem niedawna czuję, że najchętniej bym stąd uciekła gdzie pieprz rośnie… Bo ja z kolei mam serdecznie dość tego nieprzyjaznego kraju, nieprzyjaznych generalnie ludzi, urzędów, polityki na każdym kroku, nienawiści wokół…I to nie dlatego, że nie czuję się Polką, dlatego, że jest odwrotnie. Ciekawa jestem czy teraz, po roku nie żałujecie powrotu do Polski.

    • Nie żałujemy, ale wiem o czym piszesz, bo też nie raz zagotowała się we mnie krew od czasu gdy wróciliśmy. Tyle, że wiesz, każdy kij ma dwa końce, Dania wiele oferuje, ale każda emigracja wiele też zabiera. To nie jest tak proste. Po 8 latach pobytu tam i tam zaczęliśmy zauważać rzeczy, których wcześniej nie widzieliśmy a które bardzo nas denerwowały. I tam można znaleźć swoje piekiełko, choć pod wieloma względami kraj jest bardziej ‚cywilizowany’ od naszego. Co do naszego polskiego negatywnego nastawienia do świata i siebie nawzajem to staram się tego po prostu nie zauważać i w tym nie uczestniczyć, choć bywa trudno. Mój wybór. Lubię duńską empatię, lubię ich życzliwe podejście do drugiego człowieka, nie ważne jakiego, nie ważne skąd i staram się to tutaj ze sobą mieć i tak się zachowywać. Chyba mam więcej dystansu do wszystkiego i choć boją się trochę przyszłości to wiem, że zawsze mogę stąd wyjechać. Już raz to zrobiłam i mogę to zrobić ponownie 🙂