MINIMALIZM I DZIECKO

Moje dziecko nie chce nowych zabawek. Dlaczego?

Ostatnio zastanawiałam się nad tym skąd biorą się dzieci, o których sami rodzice tychże mówią „rozwydrzone” i „roszczeniowe”. Takie dzieci, które rzucają się w sklepie na podłogę, bo oto znalazły kolejną zabawkę, którą muszą mieć w tej chwili (od razu zaznaczam, że rzucanie się na ziemię z jakiegoś powodu nie jest mi obce i wcale nie ono gra w tej scence rodzajowej główną rolę 😛 ), a której to rodzice nie chcę im kupić lub też, koniec końców kupują, dla tzw. świętego spokoju. Myślałam o tym, bo odkąd pamiętam mój synek taki nie jest i tak nie postępuje. Nie prosi o nowe zabawki, nie wmawia mi na widok zabawek kuzynów, że on też takie chce, nie ściąga ich w sklepie z półek i na pewno nie robi z ich powodu problemów, jakkolwiek by na to nie patrzeć. A dlaczego?

Na pewno nie dlatego, że wychowuję swoje dzieci w jakiejś totalnej ascezie, odcięte od wszystkiego co kolorowe i krzykliwe, że bronię im zabawek czy skąpię na nie. Nie, to nie tędy droga. Wydaje mi się, że sęk w tym, że ja, matka (tata zresztą też 😛 ), mam do nich i innych przedmiotów znajdujących się w naszym domu zdrowe podejście, które moje dzieci niejako wysysają z mlekiem matki. Minimalizm, którym staram się kierować w pewnych sferach naszego życia rodzinnego przekłada się bowiem również na to, w jaki sposób patrzę na potrzeby lub nie moich dzieci. Wiem, że dzieci do zdrowego rozwoju potrzebują zabawek i zabawy i naprawdę bardzo wzięliśmy sobie to do serca i razem z mężem bardzo czynnie staramy się o to, by im ich nigdy nie zabrakło. Bawimy się zatem, bawimy, choć nie co raz to nowymi zabawkami. Już dawno bowiem okazało się, że to nie one stanowią dla naszych dzieci główne źródło „fun-u”, ale, że stanowimy je my. Wracając jednak do sedna sprawy powiem Wam jakie inne czynniki wpływają na to, że moje dzieci (no, na razie jedno dziecko, bo słownictwo drugiego ogranicza się jak dotąd do kilku słów 🙂 ) nie nękają nas o nowe, pachnące, kolorowe zabawki.

  1. Zabawka i żadna inna rzecz nigdy nie była w naszej rodzinie nagrodą. Od początku, odkąd w naszym życiu pojawił się Jo, wiedziałam, że nie będę go uczyć tego jak działa zależność: dobrze wykonane zadanie = nagroda, z którą przez długi czas sama miałam problem. Nie istnieją u nas praktyki typu: „będziesz grzeczny u babci to dostaniesz zabawkę”, „będziesz dzielny u lekarza to pójdziemy do sklepu i coś sobie wybierzesz”. Nie, nie i nie. Pomijając fakt, że nie jestem zwolennikiem nagradzania dzieci, zwłaszcza rzeczami materialnymi, to pamiętam swoje życie z czasów ‚przed minimalizmem’ kiedy ciągle uważałam, że zasługuję na nagrodę, że muszę ją sprawić sama sobie, że kurcze, zapracowałam, zarobiłam i chcę coś z tego mieć. Tak jakby satysfakcja, że coś zrobiłam dobrze już mi nie wystarczyła, tak jakbym potrzebowała materialnego dowodu na to, że tak się stało. Nie chcę, by moje dzieci tak myślały o swoich osiągnięciach lub nie, bo moim zdaniem nie na tym polega życie.
  2. Nie dajemy zabawek bez okazji. To nie jest tak, że nasz synek jest biedny, bo nic spontanicznie mu nigdy nie kupimy. Kupimy, kupimy, tylko, że rzadko i nie będzie to wtedy zabawka sensu stricto, ale np. farby, kredki czy książeczka do kolorowania, czyli coś co zostanie w pewnym momencie zużyte i coś czego w danej chwili potrzebuje, bo się mu np. skończyło. Inne zabawki nasze dzieci dostają z okazji Mikołajek, Świąt jednych i drugich, Dnia Dziecka i urodzin i powiem Wam, że jak na to patrzę to uważam, że i tak takich momentów, kiedy możemy je obdarować jest sporo. Wydaje mi się, że fajne jest to, że nasze dzieci uczą się na coś czekać, czymś się ekscytować i z czegoś się naprawdę cieszyć. Jo nie czuje nadmiaru i dlatego kiedy już przychodzi czas, że może coś dostać i to dostaje to jesteśmy świadkiem prawdziwej radości płynącej z faktu, że właśnie się to stało. Poza tym, patrząc na to z praktycznej, rodzicielskiej strony, powiem Wam, że wolę moim dzieciom sprawić prezent rzadziej, ale za to bardziej przemyślany i lepszej jakości.
  3. Nie nadajemy rzeczom cech ludzkich czyt. nie rozmawiamy o nich jak o źródłach naszego szczęścia. Rzeczy to są po prostu rzeczy, przedmioty, które przynoszą nam chwilową lub dłuższą radość natomiast nie stanowią o naszym szczęściu rodzinnym. Nie rozwodzimy się z mężem w naszych rozmowach nad tym co i dlaczego chcielibyśmy mieć, czego i dlaczego komuś zazdrościmy. Jest jak jest, mamy co mamy i jesteśmy z tym szczęśliwi. Tym sposobem nasz synek nigdy jeszcze będąc u kogoś w odwiedzinach nie powiedział nam, że chce to czy to mieć w domu, raczej wspomina, że dana zabawka mu się podoba i fajnie się nią bawi, ale nie sugeruje nam nigdy, że bez niej nie będzie szczęśliwy.
  4. Chronimy dzieci przed reklamami. Nie jest to łatwe, ale radzimy sobie jak możemy. Nasz synek ogląda głównie bajki na kanałach gdzie tych reklam nie ma, ale jeśli zdarzy się, że musimy je oglądnąć to nie kryję przed Jo tego czym one są. Nie zachwycam się przy nim ani tym co w nich jest przedstawiane ani w jaki sposób to jest robione. I zawsze mu tłumaczę, że te filmiki które właśnie lecą to reklamy, które służą do tego, by nakłonić ludzi do kupowania rzeczy, których nie potrzebują. Na razie jest na nie odporny, ale zobaczymy z czasem 😛
  5. Nie porównuję i nie probuję nadrabiać czy dorównywać innym ani w tym co posiadają lub nie moje dzieci ani w tym co posiadam lub nie ja. Nasze dzieci widzą codziennie to, że nasza obecna sytuacja jest dla nas komfortowa na tyle, że nie musimy się porównywać do innych ani próbować ich na siłę ‚przebić’ w jakiś sposób. Tego też uczymy Jo i tego będziemy uczyć Ki. Każdy z nas wchodzi w życie z innym bagażem z dzieciństwa, z innymi nawykami, przyzwyczajeniami itp., dlatego nie porównuję już siebie ani swoich dzieci do innych, bo też nawet jeśli w jakiejś sferze któreś z nas wypada gorzej to nie uważam, że trzeba to ‚naprawiać’. Tak jak jest jest dobrze. Mam nadzieję, że w przyszłości moje dzieci też będą żyły z tą zasadą ‚za pan brat’ i nie ulegną złudzeniu ‚lepszości’ jakie niosą ze sobą rzeczy i ich wielość.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że obecna sytuacja może ulec zmianie, np. wtedy, kiedy synek pójdzie do szkoły i zacznie się stykać z całkowicie innymi postawami dzieci wobec przedmiotów, ale wierzę też w to, że tzw. praca u podstaw ma sens i że wartości, które przekazujemy dzieciom od najmłodszych lat zostaną z nimi nawet wtedy kiedy na chwilę się zagubią. Jak Wy to widzicie?

Related posts

MINIMALIZM I DZIECKO

Jak mądrze ograniczyć ilość zabawek? Przewodnik.

Ponieważ jestem matką, matką minimalistką, posty dotyczące tego jak wychowywać dzieci w tym duchu pojawiają się tutaj i pojawia...

MINIMALIZM I DZIECKO

Czy moje dziecko ma za dużo zabawek? Quiz.

Odkąd powstał ten blog piszę w nim dużo o minimalizmie w wychowywaniu dzieci. Całym sercem wierzę w to, że jest on nie tylko mo...

  • Marta Re

    Mój syn ten lubi mało przedmiotów, nigdy jako dziecko nie miał dużo zabawek. Oczywiście, że szkoła i mody szkolne były wyzwaniem…. Ale jak to nie ładnie nazwę przeczołgaliśmy się. Teraz dosłownie odliczam do 18 tki.. ( mniej niż 3 miesiące) i mogę go swobodnie nazwać minimalistą.

    • Fajnie! Taki mam właśnie cel długodystansowy 🙂