MÓJ MINIMALIZM

Minimalizm w praktyce, czyli 6 rzeczy, których nie kupuję.

Jakiś rok temu trafiłam na jednym z blogów na wpis, w którym autorka wymienia 5 rzeczy, których już nie kupuje, vel. kupuje dużo mądrzej i rozsądniej. Zainspirował mnie on bardzo i pomyślałam sobie, że i ja jestem teraz na takim etapie, na którym mogę powiedzieć, że są rzeczy, których nie kupuję, zakupy których minimalizm mimowolnie wyeliminował z mojego życia codziennego. Tak naprawdę o niekupowanie tych rzeczy wcale nie walczyłam ze sobą, po prostu przyszedł czas, kiedy zauważyłam, że zabieganie o nie i ich posiadanie nie wnosi do mojego życia żadnej wartości, a skoro tak jest to chyba warto iść za ciosem?

  1. Kosmetyki kolorowe. Nie kupuję, bo się nie maluję. Tyle. Tak naprawdę kosmetyki kolorowe porzuciłam na dobre chyba rok temu i jak na razie wcale za nimi nie tęsknię. Nie tęsknię, czyli nie kupuję. Nie korzystam z podkładów, pudrów, cieni i szminek. Myślę, że może kiedyś, w przyszłości, do wybranych kolorowych kosmetyków będę chciała wrócić, teraz jednak jest mi dobrze w takim wydaniu 🙂 Jedyną rzeczą, z której na codzień korzystam i którą w swojej kosmetyczce posiadać muszę jest tusz do rzęs. Czasami mam chęć i potrzebę użyć czarnej kredki do podkreślenia powiek, ale ponieważ jej nie posiadam to radzę sobie inaczej i korzystam z tej resztki kosmetyków kolorowych (czarnych), które jeszcze w mojej kosmetyczce się znajdują. Cenne doświadczenie, bardzo dowartościowujące. Polecam!
  2. Biżuteria. Mój stosunek do biżuterii jest obecnie bardzo zbliżony do mojego stosunku do kosmetyków kolorowych. Noszę jej mało i tylko kilka wybranych, ulubionych rzeczy. Na codzień ukochany zegarek i obrączka :P, ‚od Święta’ kolczyki, klipsy, naszyjnik lub jedną z trzech chyba ulubionych bransoletek. Doszłam do takiego momentu, w którym biżuteria mnie nie nęci, mam bowiem wrażenie, że w tym temacie mam wszystko czego mi trzeba. Nie kupuję zatem nowej na co najlepszym dowodem jest niewykorzystany bon prezentowy do jednego ze sklepów jubilerskich, który został mi sprezentowany na Święta Bożego Narodzenia roku 2016, a który koniec końców wykorzystam chyba na sprawienie prezentu komuś innemu? No chyba, że w samym sklepie doznam olśnienia i oczarowania. Zobaczymy. Ps. Z bonami na książki jakoś nie mam takich problemów! 😛 😀
  3. Kolorowe magazyny. Pamiętam siebie sprzed półtora roku, kiedy po ośmiu latach życia w Danii wróciliśmy do Polski. Byłam wtedy tak wyposzczona i stęskniona polskości, że rzuciłam się na gazetowe zakupy jak wygłodniały wilk na owcę. Co miesiąc koniecznie musiały się u mnie pojawiać conajmniej cztery tytuły: „Zwierciadło”, „Pani”, „Wysokie obcasy” i „Uroda życia”. Okazjonalnie trafiał się także „Twój styl” i tytuły bardziej kolorowe i mniej profesjonalne. Zajęło mi to trochę czasu, ale ostatnio zaczęłam z tego gazetowego szaleństwa wyrastać. Kilka m-cy temu zrezygnowałam całkowicie z kupowania „Zwierciadła”, które po zmianie redaktor naczelnej straciło dla mnie na wartości, to samo dzieje się z „Panią”, „Urodą życia” i „Wysokimi obcasami”. Okazuje się, że mogę bez nich całkiem nieźle funkcjonować i zaczynam je kupować dużo bardziej świadomie (czyt. kupuję je wybiórczo i najpierw sprawdzam czy mają w sobie coś co mnie interesuje). Niestety, albo stety na ich miejsce trafił ostatnio magazyn „Książki”, na szczęście nie miesięcznik 😛
  4. Książki ‚na raz’. Są książki, które nazywam książkami ‚na raz’. Dla mnie to kryminały i te, które np. super szybko stają się super bestsellerami, te, które zaliczam do grupy „szybkich, łatwych i przyjemnych”, te, których autorów nie znam, ale może chciałabym poznać, te, których temat nie leży, w kręgu moich zainteresowań, ale ciekawość bierze górę. Innymi słowy, to książki, które nie koniecznie chciałabym mieć na półce, ale które chętnie bym przeczytała. Dawniej nie dzieliłam książek na te, które chcę mieć i na te, które chcę tylko przeczytać. Tym sposobem stałam się posiadaczką niezliczonej ilości książek, z którymi nie potrafiłam sobie w Danii poradzić, a które po powrocie do Polski w ilości około 80 – 90 trafiły do osiedlowej biblioteki (ciągle zresztą tam trafiają, w miarę jak je czytam i wygrzebuję się z ich nadmiaru). Mam wrażenie, że teraz dużo rozsądniej zarządzam swoją biblioteką i książkowymi chciejstwami. Kupuję zdecydowanie mniej książek, a te które chcę tylko przeczytać wypożyczam z biblioteki, od znajomych, albo czytam na Kindlu 🙂
  5. Pamiątki wszelakie. Czasy dzieciństwa i młodości kojarzą mi się w tym temacie z kupowaniem. Kupowaniem pamiątek z wyjazdów nie tylko dla siebie, ale też obowiązkowo dla każdego członka mojej rodziny, czyli mamy, taty, brata, siostry i czasami jeszcze dziadka. Wiecie co takim zakupom zawsze towarzyszyło? Zniecierpliwienie i bardzo często rozczarowanie, bo choćbym nie wiem jak się starała to nie da się całego wyjazdu, danej wycieczki czy kilku miesięcy życia w USA zawrzeć w jednej rzeczy! Po prostu się nie da! A ponieważ to się nie udaje to potem takie rzeczy kończą ZAWSZE gdzieś zapomniane, w ogóle nie używane i koniec końców znielubiane. Nie kupuję zatem pamiątek i nie uczę ich kupowania swoich dzieci. Od lat natomiast najlepszymi pamiątkami z wyjazdów wszelakich są dla mnie / dla nas zdjęcia. Ich nigdy za wiele 😛
  6. „Must have-y”. Stronię od rzeczy otagowanych takim właśnie hasłem, od tych wszystkich modnych tylko i wyłącznie w tym sezonie koralików, bufiastych rękawów, koronek, kratek, cekinów itp. Odstraszają mnie od siebie ubrania, które wybijają się z tłumu nie całością a jednym, definiującym je elementem, który ma sprawić, że są modne, na czasie, w trendach. Po kilku a raczej kilkunastu wpadkach związanych z tego typu zakupami nauczyłam się nie ulegać takim zabiegom. W moim obecnym stanie tego typu hasła i podkreślanie zalet danej rzeczy działa na mnie raczej „jak płachta na byka” a nie ten przysłowiowy lep.

A Wy? Czego nie kupujecie? Już nie kupujecie?

Related posts

MÓJ MINIMALIZM

Czy minimalizm to moda?

Ostatnio prześladuje mnie pytanie czy może raczej wątpliwość dotycząca minimalizmu i tego jak nagle (choć może wcale nie nagle?...

MÓJ MINIMALIZM

You’re doing it wrong, czyli o tym co w minimalizmie może ‚nie grać’!

Przeczytałam ostatnio bardzo fajny wpis na jednym z anglojęzycznych blogów. Wpis dotyczył minimalizmu i dwóch 'problemów' z nim z...

  • Do Ka

    Ooo bardzo dobry temat!
    1. Nie używam praktycznie ręczników papierowych, wielu preparatów chemicznych do sprzątania (każdy od czegoś innego bez sensu)
    2. Przy pierwszym synu zero mokrych chusteczek i mało pieluch jednorazowych, teraz sądzę, że będzie podobnie.
    3. Ograniczam ilość zabawek i ubrań dziecięcych do minimum, kupuję po sezonie na wyprzedażach większe rozmiary na zapas, dzięki temu nie mam sytuacji, że czegoś brakuje (mam w smartfonie listę ile rzeczy w danym rozmiarze, danego rodzaju już ma np 2 bluzy r.146 itp)
    4. Mam listę obiadów i tworzę listy zakupów, wielu produktów nie kupuję w ogóle. Nie podchodzę po prostu do konkretnych półek w supermarkecie
    5. Bardzo ograniczam kosmetyki, do tych których używam i potrzebuję. Resztę wyrzuciłam albo oddałam.
    6. Nie chodzę na pedicure, ale mam frezarkę (super sprawa), oszczędność bardzo duża.
    7. Książki w większości czytam na Legimi, mamy dostęp na 2 urządzenia więc jedno konto z mężem wystarcza. Syn czyta lektury od tego roku również z Legimi.
    8. Kolorowe czasopisma – nie ma dla mnie większego rozczarowania… To bardzo smutny temat. Nie da się praktycznie niczego czytać z prasy tzw. kobiecej. Po prostu nic tam już dla mnie nie ma i nic do mojego rozwoju nie wnosi. Czasem kupuję Politykę, ale większość czytam online.
    9***. Od jakiegoś czasu kupujemy za to gry planszowe. Najpierw oglądamy filmy na YT i selekcjonujemy najlepsze. U nas rozwój w tym temacie nastąpił odkąd syn potrafi już grać w „dorosłe”, skomplikowane gry. Fantastyczna sprawa dla całej rodziny.

    • Dzięki za ten komentarz! W odpowiedzi do Ciebie: 1 i 2 zaliczam bardzo do życia w stylu less waste, do którego też aspiruję i o które się staram aczkolwiek teraz, gdy mieszkam chwilowo ze swoimi rodzicami i ich przyzwyczajeniami moje less waste ma się gorzej. Ale wiem o czym piszesz i dlaczego, 3 robię to samo! :D, 4 praktykowałam kiedyś i bardzo sobie chwaliłam zwłaszcza, że dzięki temu te tygodniowe posiłki były urozmaicone a i ja bezsensownie nie wydawałam pieniędzy na niepotrzebne artykuły spożywcze. Teraz działanie zawieszone z tego samego powodu co 1 i 2 :P, 5 i 6 super i podobnie, choć frezarki nie mam, ale ze mnie kompletna noga w temacie paznokci i włosów i znając życie nawet jej bym nie podołała :P, 7 muszę się więcej o Legimi dowiedzieć, bo jednak tylko liznęłam temat i nie znam jego możliwości. Czy on działa na Kindlu?, 8 też widzę spadek formy w dół… 9 na to czekam!!!

      • Go Lisiecka

        Jeśli chodzi o papierowe ręczniki, to po czystce w garderobie (również tej, którą zostawiłam w rodzinnym domu), uzbierał się wór rzeczy do oddania i niewiele mniejszy wór rzeczy nadających się już tylko na szmaty, więc pocięłam je na małe kawałki i zużywam.

        Niestety wciąż moją bolączką jest brak spisu posiłków, przez co marnuję mnóstwo dobrego jedzenia (np. wczoraj wyrzuciłam przeterminowanego łososia i kilka innych produktów… łososia wyrzucam już któryś raz, ale za każdym razem, gdy go kupuję, to wyobrażam sobie te instagramowe kanapki, a potem jest jak jest :p )

        • Go Lisiecka te Twoje słowa o łososiu jakby wyjęte z mojej głowy! 😛 Mam duży problem, teraz trochę unormowany przez mieszkanie z rodzicami, z kupowaniem nadmiaru jedzenia… Dlatego tak dobre jest planowanie! Planuję do niego wrócić tak prędko jak tylko się da! 😀

  • Gazet też nie kupuję 🙂 I must have – dla mnie nie ma czegoś takiego.
    Książki kupuję głównie w formie e-booków więc nie zajmują mojego miejsca.

  • binabal.blox.pl

    Jeśli chodzi o czasopisma, które lubie od czasu do czasu przejrzeć to polecam biblioteki – wszystko dostępne po upłynięciu aktualnego tygodnia (WO) czy miesiąca (miesięczniki). Co akrta w tym wypdku nie ma specjalnego znaczenia… Ja nie kupuję niczego „do domu” (meble, pościel, ozdoby, sprzęty kuchenne), jak już coś się wytłucze/wydrze do cna to szukam w secondhandach z gazetami. Albo szukam w domu czy nie da się czymś zastąpić.

    • Ostatnio właśnie w biblio zaraziłam się miłością do czasopisma „Książki”, które niestety w mojej osiedlowej bibliotece dostępne jest raczej wybiórczo i rzadko. Stwierdziłam, że jeśli już będę je kupować dla siebie to potem i tak będę je oddawać do biblioteki właśnie. Z reszty czasopism powoli leczę się całkowicie. Jeśli o zakupy „do domu” chodzi to u mnie powoli nadchodzi ten czas kiedy wreszcie, wreszcie będę takowe robić. W końcu będziemy mieć swoje miejsce na ziemi, po latach życia w nie swoich przestrzeniach i miejscach będziemy mieć dom! Na zakupy „do domu” czekam bardzo 😛

  • Go Lisiecka

    Też nie kupuję czasopism i w tej kwestii jestem dumna z mojej mamy, która mając chomikarskie skłonności w pewnych dziedzinach, akurat większość czasopism i książek wypożycza z biblioteki. Część książek również ja jej podrzucam, bo np. obie lubimy biografie i reportaże. Jeśli chodzi o mnie, to czasopisma zastąpiłam serwisami internetowymi, a jeśli chodzi o książki, to staram się wybierać je w formie ebooków lub audiobooków. Wersje tradycyjne kupuję, gdy mam dość dużą pewność, że będę do niej wracać lub jest to książka, której jestem w stanie znaleźć nowego właściciela (np. moją mamę czy kogoś innego z rodziny/znajomych).

    Must have-y nigdy mnie nie interesowały – tu zawsze kieruję się swoim gustem i wszechobecność wręcz mnie odstręcza. Choć przyznam, że miałam ostatnio chwilę słabości i chciałam kupić modną obecnie monsterę, ale spojrzałam na swój salon i puknęłam się w czoło, bo chyba musiałabym ją sobie postawić na głowie; poza tym wiem jak bardzo to ustrojstwo potrafi się rozrosnąć, bo kiedyś stała w jednym z pokoi w moim rodzinnym domu 😉 Ostatecznie zdecydowałam się na pencil grass – wdzięczna, idealna na parapet, roślinka 🙂

    Kiedyś kupowałam też nagminnie świece, woski, papierowe serwetki, notatniki, przyprawy i herbaty.
    Jeśli chodzi o świece to obecnie czasami kupuję te z wosku pszczelego, serwetek i notatników mam po uszy, więc zużywam to co jest, a jeśli chodzi o przyprawy i herbaty, to zrobiłam rachunek kulinarnego sumienia i w przypadku przypraw ograniczyłam się tylko do tych, których naprawdę używam, a z herbat kupuję tylko te ulubione, ale zawsze zostawiam sobie miejsce na poznawanie nowych (tylko że już nie w ilościach hurtowych 😉

    • Akapit o książkach love! Tradycyjne książki kupuję na podobnej zasadzie jak Ty. Albo autor, którego czytam i lubię (choć i tu można się nadziać i niepotrzebnie kupić papier jak ja ostatnio „Miłość” Karpowicza…), albo tematyka, w której się zaczytuję itp. Co do must have-ów to to jest problem, dla niewprawnego w niekupowaniu człowieka. Ostatnio odwiedziłam Zarę i nagle okazało się, że bez kolorowych lampasów na spodniach i perełkowych koralików gdzie się da jesteś totalnie passe… Oczywiście do następnego sezonu! :/ 😛 Dzięki bardzo za ten komentarz! Pozdrawiam serdecznie!

  • Magdalietė Woycicka

    Ja odpuściłam książki w większości. Tysiąc przeprowadzek nauczyło mnie, że nie warto kupować byle czego 🙂