MÓJ MINIMALIZM

Matka na zakupach, czyli wyprzedaże a dziecko.

Jak wszyscy doskonale wiemy, styczeń to miesiąc, który oprócz tego, że kojarzy nam się głównie z nowym początkiem, ze składaniem sobie samym obietnic i postanowień, jest też czasem kiedy zaczyna się zakupowe szaleństwo. Z jednej strony patrzę na to zjawisko bardzo krytycznym wzrokiem, pamiętając chwile kiedy bardzo łatwo ulegałam tej magii cen na łeb na szyję spadających w dół, kiedy zdarzało mi się, raczej częściej niż rzadziej, kupować pod jej wpływem rzeczy w ogóle mi nie potrzebne, nie wspominając nawet o tych, które całkowicie do mnie nie pasowały. Z drugiej jednak strony, odkąd w moim życiu zagościły dzieci, wyprzedaże niejako stały się moimi przyjaciółmi bez których ani rusz! Dlaczego? Już wyjaśniam 🙂

Jestem teraz na etapie, który polega na tym, że bardzo skutecznie potrafię sobie wytłumaczyć, że danej rzeczy, danego ciucha w ogóle nie potrzebuję, że to chwilowa zachcianka czy po prostu sposób na odreagowanie jakiejś sytuacji. Od jakiegoś czasu, mogę to z dumą powiedzieć, ubrania dla siebie kupuję rzadko a zanim to nastąpi długo myślę nad tym czy warto i czy rzeczywiście będę w danym ciuchu chodzić. Szukam konkretnych rzeczy i nie ulegam już urokowi pięknie wystrojonych manekinów, nie wmawiam sobie, że skoro na kimś / czymś coś dobrze wygląda to ja też jakoś „will make it work”. Stąd też ostatnimi czasy drastycznie spadło moje zainteresowanie wyprzedażami.

Od dawna zakupy, poza tymi spożywczymi oczywiście, robię głównie przez internet. Długie chodzenie po sklepach zwyczajnie mnie męczy i dlatego tym bardziej nie wyobrażam sobie bym miała spędzać w nich godziny w okresie wyprzedażowym. W takich sytuacjach i momentach nie jestem bowiem w stanie nigdzie i nic znaleźć. Masa rzeczy i masa osób je przewalających i przekładających z miejsca na miejsce zwyczajnie mnie przytłacza. Nie będę Wam ściemniać, sprawia mi natomiast przyjemność zaglądnięcie do sklepu internetowego i poprzeglądanie wirtualnych półek z ubraniami, ale bardzo rzadko prowadzi mnie to do sfinalizowania zakupu (no chyba, że wcześniej na daną rzecz polowałam lub usilnie takowej szukałam). Patrząc na własne potrzeby mogę Wam też powiedzieć, że wyprzedaże nie kuszą mnie też dlatego, iż wiem, że jeśli naprawdę czegoś potrzebuję to tą pojedynczą rzecz kupię i poza sezonem wyprzedażowym. Byle była przemyślana i warta swojej ceny.

I w tym momencie wracam do sedna tego posta 🙂 Inaczej bowiem ma się sprawa z kupowaniem ubrań dla dzieci. Tutaj wszelkie wyprzedaże, przeceny i outlety są jakby stworzone dla mnie, choć śmiem twierdzić, że i dla każdego innego rodzica też. Tak bowiem jak ja potrzebuję jednej nowej rzeczy raz na jakiś czas tak moje dzieci potrzebują ich niemal bez przerwy! Niemowlak potrafi wszak wyrosnąć ze swoich ubrań w przeciągu kilku tygodni czy miesięcy! Dwulatek trochę w tej mierze zwalnia, ale jednak coroczna wymiana całej garderoby takiego dziecka potrafi nieźle dać w kość, budżetowi domowemu zwłaszcza. Sprawa jest trochę łatwiejsza, gdy posiadamy w domu dwójkę dzieci tej samej płci. Wtedy wiadomo, młodsze dziedziczy większość ubrań po starszym. Sytuacja komplikuje się jednak, gdy posiadamy tzw. parkę. Choćbym bowiem nie wiem jak chciała, nie ma możliwości bym ubierała córeczkę we wszystkie ubrania, w których chodził (a czasami założył dosłownie kilka razy!) jej starszy brat, no chyba, że marzyłoby mi się, by inni myśleli, że miast córeczki mam drugiego synka 😛

Tym sposobem, kilka razy w roku staję i jeszcze przez długi czas stawać będę przed wyzwaniem jakim jest stosunkowo bezbolesne skompletowanie kolejnej garderoby dla moich dzieci, takiej, która nie doprowadzi mnie na skraj bankructwa, ale też takiej, która będzie zgodna z moim poczuciem estetyki i wizją tego jak chcę, by wyglądały moje dzieci. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że gdybym chciała mogłabym sobie pozwolić na kupowanie ubrań marek, które lubię w cenach niepromocyjnych, ale ten mój minimalizm przejawia się między innymi w tym, że niemal nigdy tego nie robię! Nie uważam, by wygląd moich dzieci wymagał wydawania podwójnej ilości pieniędzy na coś co kilka miesięcy później mogę mieć za połowę ceny. Moje dzieci tym bardziej nie są i prawdopodobnie długo jeszcze nie będą zainteresowane tym w co są ubrane. Poza tym nigdy nie uznawałam i do tej pory nie uznaję za właściwe tego, że na jakiś model ubrania przychodzi tzw. „sezon” i w związku z tym wtedy i tylko wtedy powinniśmy się w nim pojawiać, pokazując jak jesteśmy na bieżąco z tym, co akurat dzieje się ‚na rynku’. Sama raczej nie ubieram się zgodnie z obowiązującymi trendami (na szczęście już wypracowałam sobie zalążki swojego stylu, a on na pewno nie opiera się na tym, co akurat króluje na wybiegach i w sklepach 🙂 ) i tym bardziej nie będą tego robiły moje dzieci! Właśnie dlatego „szaleję” na wszelkiego rodzaju wyprzedażach i rzeczywiście w taki sposób kompletuję niemal całe garderoby mojego synka, a teraz także córeczki. Oczywiście, jak to u mnie bywa, i w tym szaleństwie jest metoda, wypracowana i sprawdzona 😛 Nie jestem już bowiem człowiekiem, który bez większych oporów i dłuższego zastanowienia jest w stanie wydawać pieniądze na ubrania, tym bardziej te dziecięce. Dlatego też w następnym poście będę Was namawiać nie tyle do samego robienia zakupów dziecięcych na wyprzedażach, ale do tego, by były one mądre i przemyślane 🙂

I jak? Przyjdziecie po więcej?

Related posts

MÓJ MINIMALIZM

You’re doing it wrong, czyli o tym co w minimalizmie może ‚nie grać’!

Przeczytałam ostatnio bardzo fajny wpis na jednym z anglojęzycznych blogów. Wpis dotyczył minimalizmu i dwóch 'problemów' z nim z...

MÓJ MINIMALIZM

Minimalizm i hygge. Co je łączy?

Ponieważ znam minimalizm i ponieważ znam hygge, czyli duński, osławiony ostatnio bardzo, sposób na szczęśliwe życie wymyśliła...