MÓJ MINIMALIZM

Lubię nie kupować, czyli trochę o władzy.

Dopadło mnie ostatnio pewne zaskakujące dla mnie samej przemyślenie, no może nie ostatnio ostatnio, ale krąży wokół mnie od jakiegoś czasu. Mianowicie: lubię nie kupować! Oczywiście to hasło nie odnosi się do wszystkiego, bo jednak zakupy książkowe i dziecięce ubrania bronią się w tej sferze dzielnie, mądrze przeze mnie usprawiedliwiane i jednak nie przesadne, dokonywane z umiarem. Chodzi mi głównie o mnie samą, o moje potrzeby lub nie, o moją garderobę, moje kosmetyki etc. etc. Po latach spędzonych na bezmyślnym, ale jakże „potrzebnym” comiesięcznym kupowaniu sobie rzeczy, które na daną chwilę mi się podobały przyszedł teraz ten moment kiedy niezwykłą frajdę sprawia mi NIE grzebanie po półkach i wieszakach sklepowych i NIE przetrząsanie internetu w poszukiwaniu kolejnych „niepowtarzalnych okazji”. Kurcze, zmądrzałam! Nastał czas kiedy wchodzę do centrum handlowego i z uśmiechem na ustach patrzę na tych wszystkich, którzy z takim zawzięciem na twarzy szukają tego czegoś 🙂 Ja już tego nie szukam.

Pamiętam czasy, zwłaszcza te z kilku pierwszych lat naszego życia w Danii kiedy comiesięczne zakupy były moim ‚must do’! Gdy tylko na konto wpływała określona suma pieniędzy ja już wiedziałam co za część z nich kupię. Moja lista wymyślonych ‚must have-ów’ przeważnie była długa i jakoś nigdy nie skończona. Pamiętam jak wkurzało mnie to, że z czegoś muszę tym razem zrezygnować, coś wybrać tylko dlatego, że miałam swój wyznaczony próg pieniędzy, które mogę wydać, którego starałam się nigdy nie przekraczać. Samo to nie było złe i uważam, że takie stawianie sobie granic nawet jeśli w jakiejś kwestii ‚szalejemy’ jest super początkiem do pomyślnego rozwiązania sytuacji. Sęk w tym, że pomimo iż sama sobie takie granice wymyśliłam to ich nie cierpiałam i szczerze zazdrościłam każdemu, kto ich sobie narzucać nie musi.

Pamiętam też jak bardzo zawsze chciałam być trendy i na czasie i jak bolało mnie to, że nie jestem i chyba nigdy nie będę. Imponowały mi osoby, które „trzymają rękę na pulsie” i choć wiedziałam, że nigdy jedną z nich nie będę (moda nie jest moim konikiem), to nie przeszkadzało mi to w śledzeniu ich postępów w tej dziedzinie. I ten przymus, by z tych wszystkich obowiązujących trendów, które one przedstawiają spróbować wybrać coś dla siebie! Wiecie, że byłam jedną z tych istot, które w ogóle nie rozumieją sensu istnienia ubrań typu basic? Wszystkie moje wizyty w sklepach kończyły się zawsze na kupowaniu tego co właśnie jest na topie, co oczywiście kończyło się tym, że jak przyszło co do czego to rzeczywiście nie miałam się w co ubrać, bo nic do siebie nie pasowało. Nie miałam żadnej podstawy, która sprawiłaby, że bezproblemowo dopasuję jeden ciuch do drugiego. Teraz kiedy jestem w stanie kilkukrotnie przemyśleć każdy mój zakup i kiedy ubieram się głównie w ubrania typu basic zastanawiam się gdzie wtedy była moja głowa? Jak mogłam wydawać tyle pieniędzy na rzeczy nie dla mnie?! To samo tyczy się kosmetyków, których zawsze musiałam mieć kilka rodzajów, w różnych wersji zapachowych, na każdy humor i zachciankę czy książek, które, choć w wielu wypadkach przeczuwałam, że są nie dla mnie i tak lądowały w moim koszyku?! Kupowałam chyba dla samej przyjemności kupowania. Wydaje mi się, że czułam, że wydawanie pieniędzy daje mi władzę. Nad czym? Chyba nas swoim życiem… Bo to przecież właśnie ja mogłam bez skrępowania zdecydować czego w danej chwili chcę. Co więcej, mogłam nie tylko zdecydować, ale mogłam tą rzecz posiąść, stać się jej właścicielem. Ile przyjemności płynie z posiadania! Prawda? Lubimy posiadać siebie nawzajem to dlaczego mamy nie lubić posiadać rzeczy?! Właśnie, dlaczego?

Teraz myślę, że dlatego, że rozumiana w ten sposób władza nad własnymi pieniędzmi i przedmiotami to tzw. pseudowładza. To władza, której nie ma, to władza, która u tych postawionych wyżej od nas (tych kreujących nasze gusta i ‚potrzeby’) wywołuje salwy śmiechu. Jaką bowiem mamy władzę nad pieniędzmi jeśli nie wiemy jak, kiedy i gdzie się ich pozbywamy?! Co to za posiadanie czegoś jeśli nie wiem, dlaczego daną rzecz mamy?! Co to za panowanie nad swoim życiem i stanem portfela jeśli decyzję ich dotyczące podejmujemy tylko i wyłącznie na podstawie tego, co ktoś nam pokazał czy powiedział za pomocą chwytliwego hasła?!

Dopiero teraz kiedy rozkochałam się w niekupowaniu tak naprawdę czuję, że mam władzę. I tym razem naprawdę ją mam! Wiem na co, dlaczego i po co wydaję swoje pieniądze. Wiem też, dlaczego ich nie wydaję. Potrafię tygodniami zastanawiać się nad tym, czy naprawdę chcę daną rzecz kupić, czy na pewno będę w danym swetrze chodzić, czy ten płaszcz jesienny jest mi rzeczywiście potrzebny? Rozsmakowałam się w odmawianiu sobie tandety, w odmawianiu sobie pierwszej lepszej rzeczy z wieszaka. Lubię czekać na jakiś zakup, lubię nad nim myśleć i się z nim nie spieszyć. I lubię być tą inną, tą, która nie przebiera nogami z radości, że właśnie pojawiła się mega promocja na sukienki w jednej z sieciówek.

A Wy?

Related posts

MÓJ MINIMALIZM

Ten straszny minimalizm, czyli 6 rzeczy, których się niepotrzebnie obawiasz.

Za kim z Was chodzi minimalizm? Kogo kusi i nęci? Komu z Was wydaje się, że to fajna droga i fajny sposób na życie? A kto z Was mi...

MÓJ MINIMALIZM

Dlaczego warto ograniczyć zakupy? 7 konkretnych powodów.

Ponieważ po raz kolejny w tym roku nastał sezon wyprzedaży i obniżek wszelakich pomyślałam, że to doskonała okazja do tego, by ...

  • Nigdy nie chciałam być, aż tak bardzo trendy itd. Nie obchodziło mnie to nawet jakoś szczególnie będąc w liceum, byłam sobą i tyle. Co innego na studiach, gdzie trwał wieczny wyścig szczurów, same babki to trudne otoczenie do życia w zgodzie ze swoim ciałem i w ogóle ze sobą. Ale największe potrzeby posiadania miałam już wtedy, gdy zaczęłam zarabiać po studiach i urządzać swoje własne mieszkanie. I kiedy zrozumiałam, że to wszystko bez sensu? Wtedy, gdy szukałam kolejnych metod na organizację przestrzeni, szufladki, szafeczki, pudełeczka, po to by pomieścić wszystkie graty. Na szczęście już od kilku lat upraszczam swoją przestrzeń, niewiele kupuję, a jak już coś wybieram to myślę nad tym miesiącami:p

    • Ja problem z byciem trendy miałam już w liceum. Czułam się gorsza pod jakimś względem, bo wiedziałam, że po pierwsze nie umiem a po drugie nie bardzo mam za co aż tak inwestować w swój wygląd. Studia trochę ostudziły mój zapał w tej kwestii, ale rzeczywiście przeprowadzka do Danii sprawiła, że w jakiś sposób pomyślałam, że teraz mam szansę nadrobić swoje braki na tym polu. Kompletna porażka. Teraz gdy myślę o tym ilu rzeczy wtedy kupionych pozbyłam się później bez problemu to boli mnie głowa. Takie okropne marnotrastwo…

      • Wszystko zależy od tego w jakim towarzystwie w danym czasie się obracały. U mnie liceum znajdowało się w budynku zespołu szkół, była też zawodówka, technikum i liceum profilowane. W większości męskie, dziewczyn było może ze 100 na cały ogromny budynek. Pamiętam, że nikt nie zwracał wtedy tak uwagi na ubrania, panujące trendy, a w młodszych rocznikach ode mnie (ja jestem ’88) zdarzały się dziewczyny co bardziej się stroiły, ale wszyscy na nie mówili „gwiazdy” i raczej nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
        Współczuję teraz bycia nastolatką, bo jak widać moda na rayban’y, airmax’y, iphony jest ogromna i tak samo ogromna jest presja otoczenia.
        Mam nadzieję, że promowanie nurtu minimalistycznego da do myślenia społeczeństwu i w końcu przestaną postrzegać w siebie w kategorii mieć, a być 🙂