MYŚLĘ

Jak rodzi się matka.

Kiedy myślę o sobie sprzed kilku lat, tych zanim w moim życiu pojawiły się dzieci uśmiecham się. Uśmiecham się z powodu swojej bezradności, niepewności i pewności jednocześnie, uśmiecham się do swoich obaw, trosk i problemów. Uśmiecham się, bo fajnie jest pamiętać czas sprzed, sprzed momentu kiedy stało się to coś, urodziło się dziecko a razem z nim urodziłam się nowa ja. Matka, mama, mamusia.

Zastanawiam się jak wiele z Was pamięta się taką jaką pamiętam siebie ja. Trochę rozedrganą, niby pewną czego chce a jednak nie na tyle, by nie robić czego nie chce. Marzącą o dziecku, chcącą dziecka, ale tak bardzo bojącą się momentu kiedy TO się stanie, kiedy okaże się, że mamy na co, na kogo czekać i kiedy nie będzie już odwrotu. I ta myśl w głowie: ale, czy ja w ogóle się nadaję do tego? Przecież nie lubię dzieci, nie umiem z nimi rozmawiać, nie zachwycam się każdym maluchem, nie lubię ich zabawiać, nie wiem jak to robić, czasami nawet się ich boję… Czy ktoś taki sprawdzi się w momencie, gdy pojawi się jego własne dziecko? A poza tym, sam fakt chcenia dziecka, marzenia o nim, starania się o nie (bo jak się okazało nie zawsze wszystko wychodzi nam na hop siup i jest) a z drugiej strony przeświadczenie, że tak jak jest teraz jest wygodnie, dobrze, czy będzie lepiej? Czy nie będzie mi tej wygody brakować? Czy odnajdę się / odnajdziemy się razem w nowym? Tyle wątpliwości, ale też tyle łez, rozmów, planów, słów wypowiedzianych, godzin nieprzespanych, myśli do Boga wysłanych…

A potem? Potem okazuje się, że czekam, że czekamy. Że jest, że będzie. Że życie jeszcze niby takie samo a jednak zupełnie inne. Że głowa i myśli nadal moje, ale już w tak dużym stopniu poświęcone dla kogoś innego. I już widzę, że jestem inna, spokojniejsza jakoś, choć tak strasznie rozwalona na kawałki ze wzruszenia, miłości, która rośnie, niecierpliwości, która narasta. I znowu sytuacja, do której się przyzwyczajam. 9 miesięcy czekania, 9 miesięcy mienia dziecka bez dziecka. Wygoda, choć inna od tamtej pierwszej. I znowu obawy, tym razem pełne podstaw: bo jak ja to dziecko urodzę? Jaką będę dla niego mamą? Jaką chcę być? W którą iść stronę? Co dla niego, dla niej, dla nas wybrać? Czy nie może zostać tak jak jest? Jest przecież dobrze, nawet lubię tą swoją ciążę, te 17 – 20 kg więcej, te opuchnięte nogi, rwę kulszową i swędzący brzuch. I kooooocham te kopniaki pod żebrami, rozpychanie się na wszystkie strony i uciski to tu to tam. Tylko, że tak jak przed ciążą, mimo, że się jej chce, można się bronić, tak przed porodem nie uchroni się żadna z nas.

Przychodzi zatem TEN czas i po kilkudziesięciu godzinach i traumatycznym porodzie (narodziny Jo) lub dosłownie kilku godzinach i porodzie jak z bajki (narodziny Ki) pojawia się ono. MOJE DZIECKO. To, którego tak bardzo chciałam, o którym marzyłam, które miesiącami widziałam oczami swojej wyobraźni, ale też to, którego się jakoś bałam, bo może nie podołam, bo może nie będę dla niego najlepsza, może to wcześnie, za późno, nie tak i nie teraz? I oto jest. Kładą mi je na brzuchu bezbronne, zakrwawione z pierwszym płaczem i pierwszymi oddechami w płucach. I ja już wiem. Wiem, że dla tej chwili WSZYSTKO jest warte, że nie chcę wygody, nie chcę spokoju, nie chcę życia, w którym mam na wszystko czas, w którym świat kręci się wokół mnie i moich potrzeb. Chcę tego co właśnie dostałam. Chcę zmęczenia, chcę rutyny do bólu, chcę jego płaczu, śmiechu, zapachu, chcę brudnych pieluch, chcę bałaganu, brudu i porozrzucanych po podłodze resztek jedzenia, chcę niewyspania, wyczerpania, chcę kłótni z mężem o to, kto teraz, chcę bolących piersi, chcę karmienia o każdej porze dnia i nocy, chcę wstawania w nocy, bo płacze, choruje, wymiotuje, chcę tulenia, całowania, utulania, usypiania, śpiewania, czytania, opowiadania, chcę wątpliwości i wiecznej obawy o ich spokojny sen, zdrowie i życie. Chcę wszystkiego co wywróci mój świat do góry nogami. Chcę tych zmian, chcę tego, bo chcę mojego dziecka! Chcę tego wszystkiego, bo w zamian dostaję miłość o jakiej mi się nie śniło, ale chyba jeszcze ważniejsze jest to, że i ja daję miłość, o jakiej nie śniłam. Daję bezwarunkowo. Na zawsze. W każdej sytuacji, w każdym momencie, do końca, bez ustanku.

Wstaję zatem co rano i robię co do mnie należy. Jestem mamą. Czasami jest mi ciężko, czasami bardzo. Czasami mam wyrzuty sumienia, bo coś pójdzie nie tak i postąpię inaczej niż bym chciała a czasami rosną mi skrzydła, bo jest na odwrót. Czasami nie potrafię znaleźć w sobie grama siły na to, by być matką, jaką chcę być, ale próbuję. Potykam się i wstaję. I próbuję od nowa. Czasami czuję rozczarowanie, ale częściej dumę, radość, rozczulenie, satysfakcję. Zawsze miłość. Nigdy się zatem nie poddaję, bo pomimo, że ja mam ich dwoje to oni mają tylko jedną matkę, mamę, mamusię. Mnie.

Wybrali mnie a ja wybieram ich. Kocham jak stąd do księżyca i z powrotem. I dziękuję, że mnie urodzili mamą <3

Related posts

MYŚLĘ

Odpuść sobie, czyli o tym, czego uczę się ostatnio.

Jest jedna rzecz, którą w sobie cenię i która jednocześnie sprawia mi wiele problemów i przyprawia o duże dawki stresu. Co? Perf...

MYŚLĘ

O dziewczynkach, którymi nie byłam.

Ponieważ dużo ostatnio 'siedzę' w książkach dla dzieci wróciłam do swoich dziecięcych lat i przypomniałam sobie te wszystkie k...

  • Juuzia Rajska

    Fajny tekst, bo nie zapomina, że bycie mamą to nie tylko słodkie zdjęcia na fb- sama mam takich dużo.
    Poza tym – mnie dzieciaki uratowały przed korozją psychiczną, w krytycznym momencie myśl, że jestem dla nich jakimś portem/przystanią wyciągnęła mnie na powierzchnię. pozdrawiam j