MÓJ MINIMALIZM

Historia pewnego zdjęcia, czyli mój minimalizm w sieci i dzieci.

Niedawno zrobiłam pewne zdjęcie. Piękne zdjęcie mojej pięknej córeczki, na którym ta uśmiecha się jednym ze swoich pierwszych uśmiechów. Patrząc na nie duma zaczęła mnie rozpierać, że to dziecko jest moje, że powstało ze mnie, że jest tak niewiarygodnie cudowne. I wiecie co? Od razu naszła mnie ochota na to, by tym zdjęciem podzielić się z innymi i choć jednocześnie w mojej głowie pojawiła się myśl, że przecież tak naprawdę nie chcę tego robić to umieściłam na swoim instagramie. Zdjęcie Ki zdążyło polubić jakieś 20 osób, zdążyłam dostać kilka przemiłych komentarzy, gdy zdecydowałam się na to, by je stamtąd usunąć. Szybko przekonałam się bowiem, że przekroczyłam swoją własną granicę. Granicę, którą sama sobie ustawiłam i która ostatnimi czasy uległa jeszcze modyfikacji, ale którą wydawało mi się, że ten jeden jedyny raz mogę bezboleśnie przesunąć.

Gdy jakieś półtora roku temu zakładałam konto na instagramie nie wiedziałam jeszcze jak będzie ono wyglądać, czym będę się na nim dzielić ani gdzie mnie ono zaprowadzi. Wiedziałam tyle, że jestem w tej nieszczęsnej Danii sama z synkiem i mężem, że rodzina i wszyscy bliscy znajomi zostali w Polsce i że nie mam realnej szansy na to, by wszystkimi niezapomnianymi chwilami z życia Jo dzielić się z bliskimi. Instagram stał się niejako odpowiedzią na te moje bolączki, bo pomimo, że niewiele osób związanych ze mną osobiście ma na nim konto, to szybko znalazłam tam osoby, z którymi jakoś łączy mnie wspólny język. To im zatem chwaliłam się nowymi umiejętnościami synka, tym jak rośnie i się rozwija i jak staje się cudownym małym mężczyzną, który nie przestaje mnie mega pozytywnie zaskakiwać na każdym niemal kroku.

Instagram stał się moim dziennikiem, choć od początku wiedziałam, że wszystkiego w tym dzienniku nie będzie. Nie będzie imienia mojego synka (teraz również i córeczki) i nie będzie zdjęć, na których Jo patrzy się centralnie w tzw. oko aparatu, no chyba, że są to nasze zdjęcia rodzinne, na których jesteśmy wszyscy razem. Dlaczego? Wydawało mi się i do tej pory wydaje mi się to ważne, by moje dzieci nie były publiczne, jakkolwiek to zabrzmi 😛 Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale ciągle jest we mnie strach przed tym, by zbyt wiele nie pokazać, by nie pozbawić siebie i moich dzieci prywatności. Z jednej strony jest to prawie niemożliwe, bo chwile łapane na zdjęciach są przecież tak małymi fragmentami dnia codziennego, że aż żal o tym wspominać, ale z drugiej strony nie potrafię pozbyć się myśli, że mogłabym, nawet przypadkiem to zrobić.

Wracając jednak do samej historii mojego i moich dzieci istnienia w sieci 🙂 Gdy urodziła się moja córeczka odkryłam w sobie jeszcze większą ochotę na to, by stać się w kwestii zdjęć dzieci w sieci jeszcze bardziej zdeterminowaną minimalistką. Ograniczyłam zatem bardzo ilość zdjęć jakie z nimi zamieszczam, a jeśli już się zdarzą, bo raz na jakiś czas MUSZĘ przecież pochwalić się nimi i moją do nich miłością <3, to chcę by wyglądały w konkretny sposób. Powiem Wam, że dobrze, a nawet bardzo dobrze się z tym czuję, choć czasami dziwię się sobie, bo sama uwielbiam oglądać uśmiechnięte buźki dzieci koleżanek, uwielbiam patrzeć jak kolejne maluchy rosną i się rozwijają.

Wydaje mi się też, że jestem teraz na etapie, w którym moja fascynacja najpierw facebook-iem a teraz instagramem trochę opadła i znajduję dużą przyjemność w tym, by pojawiać się tam i być aktywną rzadziej niż to było dotychczas. Cieszy mnie to bardzo, bo rzeczywiście mam za sobą czas wielkiego uzależnienia od ig, gdzie dzień bez nowego na nim zdjęcia był dniem straconym i gdzie ubolewałam momentami nad tym, że moje życie jest takie nudne i nie mam co publikować 😛 Podobną historię przeszłam rownież z facebook-iem, na którym kiedyś regularnie publikowałam posty. Teraz nadal pojawiam się tam codziennie, ale moja aktywność ogranicza się głównie do komentowania i oglądania poczynań innych a także prowadzenia strony tego bloga, na którą tak btw. serdecznie Was zapraszam! Można powiedzieć zatem, że wracam do normalności i moje życie w wersji slow i mini zyskuje swoje znaczenie także w tej sferze 🙂

Z tego właśnie powodu, zakładając tego bloga, który ma być również blogiem parentingowym wiedziałam, że nie będzie tutaj zbyt wielu zdjęć moich pociech. Jeśli się natomiast takowe tutaj znajdą z pewnością zanim to nastąpi przejdą one konkretną selekcję 🙂 Zastanawiam się, czy takie podejście do tematu dzieci w sieci raczej Was od bloga odstręcza czy może przyciąga? Ciekawa jestem również bardzo jak wygląda Wasze istnienie w sieci i Wasze zdanie na poruszony przeze mnie temat? Czy ulegało zmianom na przestrzeni lat czy miesięcy? Sama, im dłużej funkcjonuję w tzw. mediach społecznościowych, tym jestem bardziej zachowawcza, co oczywiście brzmi conajmniej dziwnie, gdy takie słowa wypowiada osoba, która pisze tego typu bloga! 😛

Related posts

MÓJ MINIMALIZM

Minimalizm i hygge. Co je łączy?

Ponieważ znam minimalizm i ponieważ znam hygge, czyli duński, osławiony ostatnio bardzo, sposób na szczęśliwe życie wymyśliła...

MÓJ MINIMALIZM

Ten straszny minimalizm, czyli 6 rzeczy, których się niepotrzebnie obawiasz.

Za kim z Was chodzi minimalizm? Kogo kusi i nęci? Komu z Was wydaje się, że to fajna droga i fajny sposób na życie? A kto z Was mi...

  • Aleksandra Danielewicz

    U mnie podobnie z Facebookiem – kiedyś wiele postów, wiele komentarzy, wdawałam się w dyskusję, komentowałam wszystko, wojowałam, rozdzierałam szaty, udostępniałam, bawiłam się w większość akcji typu „obchodzę Halloween” – „nie obchodzę Halloween”, „daję Owsiakowi” – „nie daję Owsiakowi” :D, OMG, jakie to jest durne…. i nagle – przeszło. Najpierw to był brak czasu na głupoty – siłą rzeczy przy dziecku tego czasu mniej 😉 A teraz… po prostu już nie umiem być tak wylewna jak kiedyś. I nie chodzi tu tylko o zdjęcia dziecka, ale w ogóle – tak, jakbym straciła odwagę wypowiadania zbyt wielu słów intymnych, osobistych. Nie dzielę się swoimi poglądami politycznymi, religijnymi, społecznymi. Myślę sobie, że mogę podyskutować o nich ze znajomymi przy kawie, ale na fb – nie. Bo mi się nie chce, bo nie widzę w tym sensu, bo nie mam już ochoty się tak „sprzedawać”, wystawiać, uzewnętrzniać. Po co? Z IG jest inaczej, chyba mam teraz tę fazę, co Ty. Głównie dlatego, że czasami też czuję się w swojej rodzinnej miejscowości, jak Ty w Danii – brakuje mi obecności moich znajomych rozsianych po innych wioskach, do których nie mogę wybrać się z wózkiem. Jestem niemobilna, nie mam samochodu, zresztą musiałabym zrobić jakiś kurs doszkalający, bo już zapomniałam, jak się jeździ (czy w ogóle kiedyś umiałam…?). I brakuje mi po prostu kontaktu z ludźmi. I choć wrzuciłam do sieci wiele zdjęć mojej córki, to coraz częściej zaczynają mnie nachodzić takie myśli, jak Twoje powyższe. Pozdrawiam! :*

    • Olu bardzo się z Tobą zgadzam i myślę tak samo. To chyba jest ten rodzaj dorosłości, który nabywa się w pakiecie razem z dzieckiem 🙂 😛 Co do ig, to rzeczywiście trochę się na nim już wypaliłam, ale tęsknię i szukam swojego sposobu na istnienie tam, inne niż dotychczas i bardziej związane z blogiem niż moim życiem prywatnym 🙂

  • Aleksandra Danielewicz

    PS: Tę fazę z IG, co Ty na początku 😉

  • Ja przez pierwszy rok życia syna byłam szalona i szastałam jego zdjęciami po internecie, ba, miałam nawet blog parentingowy, który opierał się właśnie na jego zdjęciach (jako że jestem domorosłą fotoentuzjastką), ale po pewnym czasie zrozumiałam, że do niczego to nie prowadzi i w dodatku mnie uwiera. Właśnie dlatego zrezygnowałam z dalszego eksponowania syna w necie. Czasem gdzieś tam śmignie, ale mój 2,5-latek sam mówi, że nie chce, więc zmuszać nie będę. Jak dorośnie to pewnie sam będzie przechodził fazę by wrzucać do sieci swoje zdjęcia, także na razie niech ma jeszcze trochę prywatności 😉 Dobrze mi z tym, że teraz nie ma go za wiele.

    • Wiesz, wydaje mi się, że każdy nowy rodzic przechodzi przez fazę, kiedy najchętniej pokazywałby swoje dziecko wszędzie i wszystkim 😛 Ja też tak miałam, ale jakoś od początku wiedziałam, że na fb owszem, na ig też, choć pod pewnymi warunkami. Jakoś nigdy nie myślałam o blogu w kontekście zdjęć synka, trochę mnie to uwiera u innych i przyznaję, że takich blogów nie czytam, ale próbuję zrozumieć 😛