SLOW LIFE

Dlaczego w wieku 32 lat zdecydowałam się zostać wegetarianką?

Ostatnio ukułam sobie na własny użytek teorię, taką bardzo moją, że każde moje dziecko wraz ze swoimi narodzinami musi mi w darze przynieść jakąś zmianę. Dlaczego piszę, że musi? Dlatego, że jak na razie w obu przypadkach tak się właśnie stało. Jo niejako przyniósł mi ze sobą minimalizm a Ki wegetarianizm. Wiadomo, że myśląc o tym tak na poważnie to te życiowe transformacje zafundowałam sobie sama, sama je sobie w sobie wypracowałam i sama się na nie zdecydowałam co nie zmienia faktu, że obie zbiegły się z narodzinami dwójki moich dzieci 😛 I nie jest to przypadek! Okazuje się bowiem, co swego czasu zaskoczyło mnie samą, że jestem osobą, którą jedne duże zmiany w życiu, czyt. np. pojawienie się na świecie dziecka, ładują energią do tego by dokonywać kolejnych. Taki trochę efekt kuli śnieżnej, zaczyna się od jednej rzeczy a potem nagle zbiera ich się więcej i więcej.

Jak to zatem było z wegetarianizmem, co sprawiło, że teraz, właśnie teraz zostałam wegetarianką?

Zacznę od tego, że nigdy, przenigdy nie podejrzewałam, że wegetarianizm stanie się moją drogą. Do tej pory pamiętam swoje myśli sprzed kilku lat dotyczące tego zagadnienia. Zawsze byłam na nie, zawsze powtarzałam sobie i innym, że to nie jest życie i sposób odżywiania, na który jestem w stanie się kiedykolwiek zdecydować, głównie dlatego, że mięso od dzieciństwa stanowiło niemal podstawowy składnik mojej diety, że wydawało mi się, że bez niego nie będę w stanie normalnie funkcjonować, że to jest zbyt ważny produkt, bym mogła bez konsekwencji z niego zrezygnować. Do tego zawsze byłam osobą, która swoje własne decyzje podejmowała mając w głowie to co pomyślą o nich inni, jak na nie zareagują i jak odbije się to na mojej osobie. Z tych właśnie powodów, jeszcze kilka lat temu nie zdecydowałabym się na tak radykalną zmianę sposobu odżywiania. Robić tyle kłopotu innym, być zmuszonym do obrony swojego zdania (oj, już się na to szykuję…) przed innymi, tymi, którzy lepiej ode mnie wiedzą jak mam żyć i tymi, którzy po prostu mojej decyzji nie rozumieją. Tak, kiedyś nie byłoby mnie stać na to, by stanąć w poprzek przekonaniom innych osób. Kiedyś, nie teraz. Teraz czuję się gotowa na to, by być tym kim chcę być i by żyć tak jak chcę żyć. Wiecie jak bardzo mnie to cieszy?! Jaką dumą napawa?! Ile uśmiechu mi sprawia?!

Wegetarianizm pojawił się w moim życiu jakiś rok po narodzeniu Jo. Nie pojawił się jednak w nim jako konkretny pomysł na życie, ale raczej jako ciekawostka, której może warto spróbować. Pamiętam, jak zmęczona swoim zmęczeniem pomyślałam, że spróbuję nie jeść mięsa przez tydzień, dwa i zobaczę jak się będę z tym czuć. Czułam się dobrze, nawet bardzo, choć podeszłam do tematu bardzo lekko i popełniłam wiele jedzeniowych błędów. Po dwóch tygodniach wróciłam jednak do mięsa i tak zostałam do czasu, aż pół roku urodziła się Ki. Po jej narodzinach znowu w mojej głowie pojawiła się chęć zmiany jedzeniowych nawyków, tym razem jednak od razu zaczęłam myśleć o tym, że chciałabym, by te zmiany zagościły u mnie na stałe, że chciałabym, by nie był to kolejny eksperyment, ale ważna, zobowiązująca decyzja. Dlaczego akurat taka? Wiecie, czasami chyba jest tak, że podskórnie się czuje, że właśnie to trzeba zrobić, to jest dobry wybór i już. Ja tak właśnie poczułam, tak jak poczułam, że potrzebuję zmiany (kolejnej!) i że jeśli czuję, że tego mi trzeba to muszę to zrobić. Zbyt wiele razy wcześniej zdarzyło mi się czegoś nie zrobić, nie posłuchać siebie samej i później tego żałowałam, zresztą w niektórych przypadkach żałuję nadal. Tym razem zatem poszłam i idę nadal na całość. Od kilku dni jestem wegetarianką i coraz bardziej siebie lubię w tym wydaniu, tak samo zresztą jak lubię siebie taką, która w końcu nie ogląda się na innych i robi to co czuje i czego potrzebuje! Mój wybór to konsekwencja między innego tego, że staram się żyć jak najbardziej świadomie, że inwestuję w siebie i swój rozwój, że poszerzam swoje horyzonty myślowe, że próbuję wykorzystać jak najlepiej mogę szansę jaką daje mi tu i teraz moje życie. Polecam Wam bardzo, i wegetarianizm i takie podejście do życia! Kurcze, jak to dobrze, że człowiek ma szansę rozwijać się całe życie! 🙂

Related posts

SLOW LIFE

Moje życie, czyli kilka słów o „Życiu pasterza”, „Baranach” i o mnie.

Od dawna myślałam o tym, by napisać post w tym klimacie. Post, w którym trochę rozliczę się ze swoją emigracją, ale nie tylko....

SLOW LIFE

„Jesteś tego warta”, czyli kilka słów o dbaniu o siebie.

Przeczytałam ostatnio ciekawy artykuł na temat "self - care". Okazuje się, że dbanie o siebie nie jest niczym nowym i nie jest ono ...

  • Powodzenia na nowej drodze życia 😉 Ja nie nazywam siebie wegetarianką, bo zostawiam sobie taki margines na w razie co, jakby jakaś kiełbaska z grilla mi jednak kiedyś tam zapachniała, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio robiłam czy zamawiałam danie z mięsem… Te bezmięsne po prostu bardziej mi służą i czuję, że to dobry wybór 🙂 Poza tym im dłużej nie jem mięsa, tym mi ono mniej apetycznie wygląda. Dziwne, bo samo się to dzieje, no ale co zrobić, idę dalej tą drogą 🙂

    • U mnie też samo się to dzieje, ale chciałam się tak definitywnie dookreślić, mieć coś postanowione, by mnie nie kusiło zejście z obranej drogi 🙂 I chyba to działa, bo przetrwałam już niejedno „kuszenie” haha, to grillowe również! 😛 I zgadzam się z Tobą, im dłużej się go nie je tym mniej ono pociąga 🙂