MÓJ MINIMALIZM

Czego nauczyłam się o sobie i zakupoholizmie przez 5 lat pisania bloga książkowego?

Może niektórzy z Was już to wiedzą, ale zanim zdecydowałam się na to by powstało More and Less, przez prawie 5 lat moje wirtualne życie zdominowane było przez bloga książkowego o nazwie Zasiedzisko, który do momentu narodzin mojego syna, był moją największą pasją i zarazem udręką i który pozwolił mi nauczyć się o sobie bardzo wielu rzeczy, w tym tej, że zakupoholizm wcale nie musi odnosić się jedynie do tzw. szafiarek, ale równie dobrze może dotknąć mnie, skromnego mola książkowego.

Tak naprawdę zawsze uważałam, że ta choroba nowoczesności, którą zwie się zakupoholizmem mi nie grozi. Nigdy nie przepadałam za chodzeniem po sklepach, nigdy nie bawiło mnie, zresztą do tej pory nie bawi, spędzanie całych dni w centrach handlowych na bezcelowym chodzeniu po sklepach, które i tak kończy się jakimś kolejnym, niepotrzebnym zakupem. Choć w pewnym momencie wpadłam w pułapkę tzw. szybkiej mody, która zdecydowanie mi się nie przysłużyła, a raczej sprowadziła na ubraniowe manowce, to nigdy nie był to stan, który można by nazwać zakupoholizmem właśnie. Czyli niby wszystko ok. Niby tak, ale…

Zakładając Zasiedzisko mój plan wyglądał tak: spokojnie czytam książki, które już mam i do których z chęcią wracam, które pożyczam, które w niewielkich ilościach kupuję i wrażeniami z ich lektury dzielę się na blogu. Tak jak część druga tego założenia nigdy zmianie nie uległa, tak pierwsza uległa jej niemal całkowicie.  Bardzo szybko skończyło się pożyczanie książek, skończyło się niemal całkowicie niespieszne czytanie ulubionych książek z dzieciństwa, nie wspominając o tych ukochanych, które stały się nimi już za czasów mojej tak zwanej dorosłości! Nastały natomiast czasy niekończących się wizyt na innych blogach i stronach książkowych a także czasy nieustannych niemal zakupów! Allegro stało się dla mnie niemal synonimem najlepszego przyjaciela! Jak do tego doszło?

Okazuje się, że przysłowie „Kto z kim przystaje takim się staje” nosi w sobie wiele, jeśli nie samą prawdę. Ja, świeżo upieczona blogerka książkowa zaczęłam odwiedzać i być aktywna na blogach innych, mi podobnych osób, dla których czytanie stanowiło bardzo ważną część życia. W pewnym momencie doszłam do momentu, że niemal każdą pochlebną recenzję na temat danej książki brałam za na tyle wiarygodną i godną uwagi, że jedna książka po drugiej wpadały do mojego wirtualnego koszyka zakupów. Nagle wszystko musiałam mieć, wszystko przeczytać i to teraz, już, w tym właśnie momencie! Doszło do tego, że zdarzało mi się kupić książki, którymi tak naprawdę sama nigdy bym się nie zainteresowała, bo tak dalece ich tematyka odbiegała od tej przeze mnie preferowanej… Oczywiście po jakimś czasie przyszło pewne opamiętanie w tej kwestii, ale i tak do tej pory na moich półkach zalega kilkadziesiąt nieprzeczytanych książek, z których część na pewno okaże się książkami nie dla mnie.

Niejako za sprawą bloga czytanie stało się dla mnie nie tylko rozrywką samą w sobie, ale też swego rodzaju przymusem. Czytałam i nadal zresztą czytam bardzo dużo, ale blogowanie o książkach sprawiło, że zaczęłam w tej czynności cenić całkiem inne rzeczy niż wcześniej. Tak jak przed powstaniem Zasiedziska ceniłam sobie w czytaniu wątek SLOW, czyli możliwość spokojnego zatapiania się w wyimaginowanym świecie stworzonym przez autora, świecie, który porywa i pozwala się na chwilę wyrwać z tzw. kieratu codzienności, pozwala się zatrzymać i nie myśleć o tym co w życiu ciężkie, trudne i wymagające, tak później czytanie stało się niemal czynnością ‚na wyścigi’. Oby więcej, oby ciekawiej i oby zacząć i skończyć, nie ważne, czy książka mi się podoba czy nie. Ważne, że musi powstać post i recenzja, ważne żeby być na bieżąco z nowościami, żeby nie zostawać w tyle. Brzmi znajomo? Dopiero jakiś rok temu nauczyłam się tego, by bez żalu odkładać książki, które nie zainteresują mnie sobą na pierwszych kilkudziesięciu, czasami kilkunastu stronach. Dopiero od niedawna wiem, że i tak nigdy nie przeczytam wszystkiego, co przeczytać bym chciała i że warto skupiać się i z satysfakcją zatapiać w lekturze tylko tego co naprawdę mnie ciekawi i urzeka.

Oczywiście blogowanie o książkach pozwoliło mi się również rozwinąć i to bardzo. Poszerzyłam swoje książkowe horyzonty, zaczęłam czytać literaturę dużo ambitniejszą niż wcześniej i koniec końców stałam się dużo bardziej świadomym czytelnikiem. Szkoda tylko, że przy tym straciłam świadomość tego, że czytanie to nie zawody tylko pasja i że na nowo muszę uczyć się tego, by nie gnać w tej materii, by czytać bez pośpiechu, z szacunku zarówno dla siebie jak i danej książki. Założyłam sobie zatem, że znajdę czas dla swoich ukochanych książek z przeszłości, że będę do nich regularnie wracać i się nimi delektować, bo na to zasługują, bo przecież kiedyś za coś je pokochałam. Ustaliłam sobie również górny limit książek, które w ciągu roku mogę kupić. Już widzę, że to działa, bo kupuję tylko to co naprawdę, naprawdę chcę przeczytać i na co z niecierpliwością czekam. Nie ma u mnie teraz miejsca na przysłowiowe zakupy na ‚łapu capu’ 🙂

Okazuje się, że zakupoholizm zawsze jest taki sam, nie ważne jakiej dziedziny dotyczy. Jeśli się nie pilnujemy, jeśli dodatkowo czujemy, że finansowo możemy sobie na trochę takiego szaleństwa pozwolić to bardzo łatwo nam wpaść w to błędne koło, kiedy kupujemy pod wpływem impulsu, bezwiednie, nie zastanawiając się nawet czy dana rzecz jest rzeczywiście tym, co chcemy posiadać. Kupujemy bo ktoś w czymś dobrze wygląda, komuś się coś podoba a my dochodzimy do mylnych wniosków, że i nam dana rzecz sprawi taką samą przyjemność. Co do mnie samej, to odkryłam, że jestem dużo większą konformistką niż myślałam i że nie podoba mi się to, nie chcę tak łatwo ulegać czyimś wpływom, nie chcę tak łatwo brać czyichś opinii za rozstrzygające. To właśnie z powodu nawału książek, których potrafiłam kupić kilkanaście w miesiącu, zainteresowałam się minimalizmem. To właśnie tutaj dotknęłam tego przysłowiowego dna od którego musiałam się odbić. Cieszę się, że mój synek przyszedł na świat właśnie w momencie, w którym poczułam zmęczenie, i rzeczami i życiem takim jakim było. Można powiedzieć, że wszystko zgrało się doskonale i teraz spokojnie mogę się cieszyć odkrywaniem uroków życia w wersji slow i mini 🙂

A jak to wygląda u Was? Czujecie się lub czuliście się kiedyś zakupoholikami?

Related posts

MÓJ MINIMALIZM

You’re doing it wrong, czyli o tym co w minimalizmie może ‚nie grać’!

Przeczytałam ostatnio bardzo fajny wpis na jednym z anglojęzycznych blogów. Wpis dotyczył minimalizmu i dwóch 'problemów' z nim z...

MÓJ MINIMALIZM

Minimalizm i hygge. Co je łączy?

Ponieważ znam minimalizm i ponieważ znam hygge, czyli duński, osławiony ostatnio bardzo, sposób na szczęśliwe życie wymyśliła...

  • Aleksandra Danielewicz

    Lubiłam kiedyś kupować ubrania, ale nie jakoś nadmiernie. Kiedyś – jak miałam w miarę dobrą figurę…. :/ Teraz nie kupuję, mam takie postanowienie, że dopóki nie schudnę… 🙂

    Z książkami miałam inaczej niż Ty, choć doskonale wiem, o co chodzi. Ja po prostu nigdy nie poświęcałam tyle czasu na blogowanie, czytanie i pisanie, więc siłą rzeczy nie wpadłam w ten wir – choć nieraz miałam z tego powodu doła – inni mogą tyle czytać, ja nie daję rady!

    Teraz wpadam w zakupoholizm wnętrzarski, to mnie przeraża. Nie wiem, może to minie, kiedy już się trochę urządzimy w nowym domu i wyznaczymy jakieś kierunki w naszych pomieszczeniach, o co bardzo się staram. Chciałabym minimalistycznie podejść do tego, ale na razie… jest trudno.

    • Pamiętam, że u Ciebie recenzje książek były rzadko, ale za to jakie?! 🙂 Co do zakupów wnętrzarskich to też myślę, że to chwilowe, bo jak piszesz powód konkretny masz i jest to urządzenie nowego domu. Inaczej sprawa by się miała gdyby dom był całkowicie skończony a Ty wciąż dokupywałabyś coś, co jest Ci ‚konieczne’ do funkcjonowania. Sama czekam na taki czas, kiedy będę mieć swoje stałe miejsce na ziemi i będę wtedy bez wątpienia szaleć! 😛

  • tak tak! Nie wiem czy to zakupoholizm, czy zwykła kompulsja, ale coś jest na rzeczy. Tak sprytnie potrafię sobie wytłumaczyć, że coś jest NIEZBĘDNE, NIEZASTĄPIONE, ROZWIJAJĄCE i inne takie, że dopada mnie czasem przerażenie- sama się tak oszukuję! Teraz zanim cokolwiek kupię to myślę najpierw przez dni/tygodnie- czy naprawdę jest mi to potrzebne? kolejna książka( 10 w kolejce do przeczytania) / ciuch (z 5 z metką wisi w szafie)/ zabawka (tutaj przydają się wszystkie, ale nie o to chodzi)/ pierdoła/ buty (4 pary trampek) itd. Kosztuje mnie to wiele, łącznie z buntami, że jak to nie mogę sobie kupić… komedia!

    • Haha, no to tak, coś jest na rzeczy 🙂 U mnie kompulsja jakoś nierozerwalnie łączy się z zakupoholizmem, bo kompulsja z czegoś przecież wynika, z jakiegoś powodu te zakupy stają się sposobem na problemy. Przynajmniej u mnie tak było. Chwilowa poprawa humoru i co później? Rzeczywiście najlepszy sposób na walkę z tym to dawać sobie czas, nawet na siłę, na to by sprawę dobrze przemyśleć, bo prawda taka, że rzadko, koniec końców, dochodzimy do wniosku, że rzeczywiście to co chcieliśmy kupić, jest nam tak bardzo potrzebne, że bez tego ani rusz. Co nie znaczy znowu, że raz na jakiś czas nie warto sobie samej zrobić prezentu 😛

  • Ja z książkami miałam baaardzo podobnie. Tyle że bez bloga 😉 Robię w książkach, w sensie pracuję w wydawnictwach książkowych, doktoryzowałam się z literaturoznawstwa, prowadziłam audycję o książkach. Jednym słowem – całe życie w książkach. Miałam ich za dużo, za dużo czytelniczych planów, za dużo książek, zbyt pospieszne lektury. Moje odkrycia związane z ograniczaniem stanu posiadania książek opisałam też u siebie, było to baardzo wyzwalające doświadczenie. Nie tylko przestrzennie 😉 Zmniejszyłam dość mocno stan posiadania. Pilnuję się, by nie popaść w przesadę: tylko dziś ze dwa razy coś mnie kusiło na allegro, ale powstrzymałam się, bo uznałam, że kolejka lektur i zobowiązań za duża, a czasu za mało.

    • Ja od allegro stronię haha, bo zwodzi mnie na manowce, a tak serio to ostatnio zauważyłam, że potrafię sobie już radzić z niekupowaniem książek sobie, ale niekupowanie książek dzieciom to zupełnie inna sprawa. Muszę się bardzo pilnować, bo rzeczywiście mam z tym problem 😛 Okazuje się, że w moich oczach, Jo powinien mieć większość z tych dostępnych na rynku i to już, teraz!

      • O tak, znam to. Dokładnie tak samo odreagowywałam ograniczenie w kupowaniu książek dla siebie, obkupując moje dzieci 😉 Myślę, że to po części wynika z faktu, że myśmy nie mieli tak pięknych książek w dzieciństwie, a jak się jest molem książkowym to piękne i niebanalne teści dla dzieci kuszą bardzo. Ale mam małą przestrzeń i to mnie powstrzymuje, to raz, a dwa, mam to szczęście i pracuję teraz w fajnym wydawnictwie dziecięcym, a jak coś jest na co dzień dostępne, to człowiek uczy się selekcjonować bodźce 😉

        • Ja mam nadzieję, że nauczę się skutecznie selekcjonować książeczki dla dzieci po powrocie do Polski, bo teraz mam taki odruch, że każda wizyta w PL to obowiązkowo zakupy książkowe, nie zawsze niestety trafne. Ale niestety czuję się wyposzczona i czasami dokonuję złych decyzji, zwłaszcza, że zwykle kupuję przez internet, czyli bardzo ‚na czuja’ 🙂