MÓJ MINIMALIZM

Budujemy dom, czyli czar dodatkowego pokoju.

Odkąd kilka miesięcy temu wróciliśmy do Polski myśleliśmy intensywnie nad tym co chcemy robić z przyszłością naszej rodziny, gdzie chcemy żyć, pracować i wychowywać dzieci. Wracając z Danii zostawiliśmy sobie w tych tematach otwartą furtkę na jakiś czas i zdecydowaliśmy się wynajmować mieszkanie (choć kusiło kupno, kusiło). Chcieliśmy być pewni swoich decyzji, chcieliśmy sprawdzić po pierwsze, jak nam jest w Polsce a po drugie, jak nam się żyje w tak bliskim towarzystwie rodziny. Dla niektórych z Was nasze rozterki mogą się wydać śmieszne, ale po ośmiu latach spędzonych z dala od bliskich, kiedy to byliśmy sami dla siebie, nasze obawy były całkiem realne, choć na szczęście okazały się bezpodstawne 🙂 W związku z takim rozwojem sytuacji niedawno podjęliśmy decyzję o budowie domu (dlaczego dom a nie mieszkanie? Kiedyś wyjaśnię) i tu zaczęły się schody. Minimalistyczne, można by rzec zaczepnie 😛 Nie chodzi mi bowiem tym razem o fakt spełnienia tryliona warunków, by samo pozwolenie na budowę domu dostać, ale o to jakie wymagania, żądania i marzenia względem takiego domu się ma i jakie życie chce się w nim wieść.

Tak jak od początku byliśmy zgodni co do tego jak chcemy by nasz dom wyglądał z zewnątrz, jaki styl prezentował, tak jeśli chodzi o to co ma w sobie zawierać nie było nam już tak bardzo ‚po drodze’. Choć może źle mówię, było nam bardzo ‚po drodze’ do momentu, gdy mieliśmy zdecydować ile tak naprawdę pokoi potrzebujemy i ile ich chcemy. Od początku optowałam za tym, by nie szaleć w tej kwestii, czyli, by zostać przy salonie z jadalnią, sypialni dla nas i dwóch pokojach dla dzieci. Oczywiście niektórzy z Was mogą złapać się za głowę i powiedzieć: to jest ten Twój minimalizm?! Ano tak, ten jest mój. Wychowana w dużym domu a mieszkająca obecnie wraz ze swoją rodziną na 43 m2 wiem, że są rzeczy, z których zrezygnuję z największą przyjemnością, ale są też takie, które dla wygody swojej i najbliższych muszą w moim domu być.

Zdecydowaliśmy zatem, budujemy dom taki, by każdy z nas miał w nim swoje miejsce, nic ponadto. I wtedy się zaczęło… Okazuje się bowiem, że dla niektórych osób postronnych nasza decyzja o budowie ‚małego’ domu jest dziwna i niezrozumiała. „A nie chcecie dodatkowego pokoju?”, „A nie chcecie strychu?”, „To przynajmniej zróbcie sobie na całej wielkości domu piwnicę”, „Gdzie będziecie trzymać wszystkie swoje rzeczy?”. Zaczęło się nasze obijanie o ściany budowane nam przez bliskich, którzy uważają, że podejmując taką a nie inną decyzję dotyczącą naszego domu robimy źle. I nie ważne, że żyjemy inaczej niż oni, bo przecież przyjdzie czas, że „zrozumiemy, że to oni mieli rację” i pożałujemy, że nie mamy tego dodatkowego pokoju o nieznanym przeznaczeniu…

Odbyliśmy z Be kilka długich rozmów na ten temat, nawzajem rozwiewaliśmy swoje wątpliwości, które zasiała w nas rodzina, kilka razy byliśmy blisko tego, by niepotrzebnie zmienić swoją decyzję. No bo przecież, rzeczywiście, gdyby zdarzyło się nam trzecie dziecko to mamy dodatkowy pokój, albo można by tam zrobić biuro albo bibliotekę? Nagle okazało się, że na siłę można wszystko! Tyle, że ja nie chcę na siłę! Już nie. Po pierwsze, nie chcę znowu ulegać słowom innych osób i pod ich wpływem zmieniać zdania na temat tego co stanowi o mojej przyszłości a po drugie, na szczęście, moje uwielbienie dla minimalizmu zadomowiło się w moim sercu na tyle głęboko, że rękami i nogami walczyłam z mężem a momentami i ze sobą o to, by nie mieć więcej pomieszczeń w swoim domu. Nie dlatego, że nie wiedziałabym co z nimi zrobić, ale dlatego, że nie chcę musieć z nimi robić czegokolwiek. Nie chcę nadmiaru, nie chcę więcej niż potrzebuję do tego, by czuć się komfortowo w swoim domu, nie chcę czegoś ponad to, co wystarczy mi do szczęścia. To już nie ten czas, to już nie ta ja!

Myślę sobie zatem dużo o tym jak bardzo głęboko siedzą w naszych głowach przekonania o tym, że lepiej mieć czegoś więcej niż mniej. Że lepiej mieć ten dodatkowy pokój, nawet jeśli nie mamy na niego pomysłu, po to tylko by w razie czego mieć gdzie trzymać dodatkowe rzeczy, kolejne przedmioty. Dlaczego w większości przypadków nie przychodzi nam do głowy, że jeśli nie będziemy mieć na coś miejsca to po prostu nie będziemy tego posiadać, zrezygnujemy z tej czy innej rzeczy, nie kupimy jej po prostu a może nawet, gdy poczujemy się przytłoczeni nadmiarem przedmiotów zaczniemy pozbywać się tego, co nas już nie cieszy? Na tym etapie swojego życia kompletnie nie rozumiem uwielbienia dla wielkości i nadmiaru, które rządzi naszym światem. Rozumiem uwielbienie dla życia w luksusie, zresztą sama do niego dążę, tyle, że dla mnie luksus już nie łączy się z wielością i wielkością rzeczy, które posiadam czy posiadać będę. I przeraża mnie trochę fakt, że zdaniem niektórych, decydując się na budowę domu czy kupno mieszkania teraz mam myśleć o tym, by zapewnić sobie wystarczająco dużo przestrzeni na czas za 10 lat, kiedy potencjalnie obrosnę, zarówno ja jak i moja rodzina, w rzeczy… A może nie obrosnę?! Może właśnie dlatego tak skutecznie zabiłam w sobie myśl o domowej biblioteczce, by ciągle mieć z tyłu głowy świadomość, że mogą ze mną zostać tylko te książki, których posiadanie autentycznie sprawia mi radość i bez których nie wyobrażam sobie swojego domu?!

Related posts

MÓJ MINIMALIZM

Ten straszny minimalizm, czyli 6 rzeczy, których się niepotrzebnie obawiasz.

Za kim z Was chodzi minimalizm? Kogo kusi i nęci? Komu z Was wydaje się, że to fajna droga i fajny sposób na życie? A kto z Was mi...

MÓJ MINIMALIZM

Dlaczego warto ograniczyć zakupy? 7 konkretnych powodów.

Ponieważ po raz kolejny w tym roku nastał sezon wyprzedaży i obniżek wszelakich pomyślałam, że to doskonała okazja do tego, by ...